Nastaw babci (i dziadkowi) odbiornik

Z taką akcją w internecie ruszył dzisiaj Paweł. Chodzi o dostęp do nabożeństw w wersji domowej. Wiele razy już powtarzano, że osoby w podeszłym wieku są najbardziej narażone na skutki zarażenia koronawirusem. Trzeba ich przekonać, żeby pokonały przyzwyczajenia i pozostały w domu. Nie jest to łatwe – możecie usłyszeć, że i tak już jestem stary/stara, dlaczego więc mam nie pójść do kościoła. Zadanie ułatwili  biskupi, udzielając dyspensy, oraz rząd, ograniczając liczebność zgromadzeń. Na młodych ludziach pozostanie zadanie umożliwienia starszym ludziom uczestnictwa w nabożeństwie. Mamy Msze w telewizorze, ja dodam jeszcze jedno źródło, z którego czasem korzystałem. Jest taka strona Msze On-line (https://msza-online.net/). Pod tym adresem znajdują się nabożeństwa z różnych części kraju i zagranicy – i z Jasnej Góry i z Chicago, i z sanktuarium w Kalwarii Zebrzydowskiej i z Mińska na Białorusi. Strona ma ogromną zaletę: można zobaczyć Msze o różnej porze – i o poranku, i w środku dnia, i wieczorem. Są też msze dla osób w językach obcych. Także kochani – zróbcie tak, jak w tytule.

„Nie wolno być pasożytem”

Najpierw drogi, potem podatki – taki wpis znalazł się w mediach społecznościowych po opublikowaniu kolejnego odcinka z serii „Jak ugryźć 25 mln zł”. To film, który szczególnie jest dedykowany tym, którzy nie wskazują Marek w rocznym zeznaniu podatkowym. Z przesłaniem wpisu nie będę polemizował (na złość mamie odmrożę sobie uszy). Zabrzmiał on jednak tak, jakby w Markach drogi nie były w ogóle robione.

Czytaj dalej

„Namiastka USA w Markach”

Niedawno gościli w naszym mieście samorządowcy ze Świdwina (woj. zachodniopomorskie) oraz przedstawiciele NGO z Radomia (Stowarzyszenia Budujemy Przystań). Mieli okazję zwiedzić nasze placówki edukacyjne. Miło było potem poczytać ich komentarze w mediach społecznościowych. Czasem osoby z zewnątrz widzą więcej niż my sami dostrzegamy…

Czytaj dalej

Śmieciowe dwa w jednym

Zostałem ortodoksem. Przynajmniej jeśli chodzi o segregację śmieci. Do tej pory trzymaliśmy się klasycznego układu: plastik do plastiku, szkło do szkła, papier do papieru, zmieszane – do zwykłego kosza. Zielone odpady najczęściej wystawialiśmy latem. Wiadomo – zawsze coś się z ogrodu zbierze. Pod koniec ubiegłego roku zaczęliśmy ostrzej podchodzić do kwestii bioodpadów. Przestały lądować w koszu, zaczęły trafiać do brązowego worka. Skórki od owoców, liście po rzodkiewce, skorupki po jajkach, fusy – przestały być odpadem zmieszanym. Na początku był problem, gdzie je w domu odkładać. Ale i na to znalazł się sposób. W ramach akcji „Daj drugie życie przedmiotowi” zagospodarowaliśmy pudełko po kapsułkach do prania. Jest zamykane, dość pojemne (wystarcza na jeden dzień zbierania), łatwe do przepłukania.

Efekty tego ortodoksyjnego podejścia były zaskakujące. Zwykle wystawialiśmy dwa pojemniki ze śmieciami zmieszanymi. Po wprowadzeniu surowej segregacji bioodpadów – już tylko jeden. Oczywiście następnego dnia wystawiamy też brązowy worek z zielonymi odpadami. Tyle, że można mieć nadzieję, że nie trafi na wysypisko, a wykonawca usługi właściwie go zagospodaruje.

I jeszcze jeden wątek. Zdaję obie sprawę, że mega ortodoksyjne segregowanie odpadów nie jest łatwe. Przekonałem się o tym, sprawdzając swoją wiedzę w warszawskim serwisie „segreguj na 5”. Jest tu wygodna wyszukiwarka, która kategoryzuje odpady i pokazuje, gdzie je wyrzucać. Jest też możliwość zrobienia sobie testu. Wydawało mi się, że stosunkowo dużo wiem o odpadach. Ale uzyskanie 100-procentowej skuteczności zajęło mi kilkanaście prób. Spróbujcie – to dobra zabawa i wygodne narzędzie. Takie dwa w jednym…

Jeśli my zapomnimy, te kamienie wołać będą

Dziś otworzyliśmy Skwer Pamięci Narodowej.Jego centralnym punktem pozostaje Pomnik Dziesięciu Powieszonych. Przejmujące słowa o tej zbrodni powiedział Antoni Widomski, lokalny historyk i honorowy prezes OSP. Pozwólcie, że podzielę się nimi z Wami, choć suchy zapis nie odda emocji towarzyszących temu wystąpieniu…

Ustawiono dwie szubienice. Na każdej z nich pięciu więźniów Pawiaka. Wyobraźmy sobie poniedziałkowy poranek. Rano ludzie jadą kolejką, a wiatr kołyszą ciała straconych. Przy szubienicach Niemcy powiesili ogłoszenie. „W nocy z 5 z 6 października dokonano zbrodniczego czynu i wysadzono w powietrze tory kolejowe. Za ten czyn zostało powieszonych 50 więźniów”. Ogłoszenie podpisał Ludwig Hahn, szef policji na dystrykt warszawski z SS. To ważne. Po raz pierwszy Niemcy publicznie przyznali się do zbrodni. Dotychczas rozstrzeliwano po kryjomu. Chodziło o wprowadzenie psychologicznego terroru. Nie przyniósł on skutków. W odwecie przeprowadzono kolejne akcje zbrojne. Ducha walki nie złamano. Trzeba jednak pamiętać, że Ludwig Hahn wysłał także około 200-250 rodzin z Marek, czyli około 800 osób, do Treblinki. Wszyscy tam zginęli.

Tak wyglądały zbrodnie niemieckie na naszym terenie. Jesteśmy w miejscu, w którym każdy element o nich przypomina. Spójrzmy na metalowy krzyż. Już po roku od zbrodni Armia Krajowa postawiła drewniany. Niemcy go oczywiście usunęli. Kolejny krzyż był już z metalu. Stał tak do 2014 r. Naturalnie niszczał, więc grupa mieszkańców Marek postanowiła go odtworzyć.

Jest takie powiedzenie: jeśli my zapomnimy, te kamienie wołać będą. Spójrzmy na cokół krzyża. To kamienie polne. One będą nam przypominać. Kolejny element to tablica „Miejsce uświęcone krwią Polaków”. Umieszczano ją tam, gdzie ginęli Polacy.

To są świadectwa. Tę pamięć będziemy przekazywać z pokolenia na pokolenie. Jest to troska mieszkańców Marek – ta pamięć musi w nas trwać. Po to, abyśmy nikomu nie pozwoli ginąć i mordować na naszej ziemi. O tym pamiętajmy, oddając cześć i hołd niewinnie powieszonym.

Pełna relacja z uroczystości TUTAJ

Najbliższa okazja już w niedzielę

Część poniedziałku poświęciłem na przygotowanie się do (nie)zwykłej wycieczki. Po sąsiedzku, do ratusza, mieli wpaść uczniowie klasy maturalnej z liceum działającego w szacownych murach Pałacu Briggsów. Po krótkim wprowadzeniu (obiecałem – zero nudy) wybraliśmy się m.in. z wizytą do biura Jacka Orycha. I tu poczułem się jak kilka lat temu – w zawodzie dziennikarza, choć tym razem byłem w innej roli. Spotkanie przypominało trochę konferencję prasową – taką prawdziwą, podczas której można zadawać najtrudniejsze pytania, a nie tylko słuchać tego, co chce przekazać jej organizator. Ze strony młodzieży padły różne pytania: o termin otwarcia części sportowej i kulturalnej Mareckiego Centrum Edukacyjno-Rekreacyjnego, o ceny na nowym basenie, o możliwość utworzenia rynku, o sprawę powietrza, o ogromną liczbę inwestycji mieszkaniowych, o tematy poruszane podczas dyżurów dla mieszkańców i oczywiście ewentualną przeprowadzkę liceum do budynku po „Czwórce”. To, co warto podkreślić i docenić, to ciekawość młodych ludzi. Może na początku byli nieco skrępowani, ale później trema minęła. I dobrze. Burmistrz zachęcał ich do aktywniejszego udziału w życiu miasta – zarówno w wymiarze kulturalnym jak i obywatelskim. Najbliższa okazja już w niedzielę.

Bębnić każdy może

Tytuł jest mylący. Takie jednak miałem pierwsze skojarzenia po dzisiejszym koncercie na Spartakiadzie Rodzinnej. Wiele lat temu Jerzy Stuhr wykonał piosenkę, która weszła do kanonu polskiej satyry, a jej tytuł stał się kultowym powiedzeniem. Dzisiaj na scenie na Marcovii zagrał zespół „Walimy w kocioł”. Z swadą, ale jak najbardziej na serio, udowadniając przy tym, że… no właśnie… bębnić każdy może. Bo jak się okazuje, można mieć 50 dych na karku, walić w kotły od trzech lat i występować na scenie w całkiem profesjonalnym teamie. Taka jest historia niektórych muzyków zespołu, zaprezentowana przez ich lidera. To było jak najbardziej pozytywne przesłanie. Wystarczy chcieć, nie liczy się metryka  – taki był sens słów, które usłyszeli żywiołowo reagujący widzowie. Ale na słowach się nie skończyło. Na scenę została zaproszona uczestniczka wcześniejszych warsztatów bębniarskich, która dostała do ręki instrument i zaczęła grać z kapelą. Czyli jednak bębnić każdy może… Panie, Panowie, do dzieła… I dobrze wiecie, że nie tylko o bębnienie w tej opowiastce chodzi.

Krytyka krótkowzroczności

W ostatnim wydaniu miejskiego biuletynu Jacek Orych przypomniał 10. rocznicę akcji „Tak dla obwodnicy Marek”. Spojrzał na nią z ciekawej perspektywy – aktywności mieszkańców ponad podziałami  w pozytywnym celu, w tym wypadku odblokowaniu miasta i uwolnienia go od tirów. I to naprawdę była fantastyczna sprawa – w jednym szeregu stali ludzie z PIS-u i PO, wierzący i niewierzący, młodzi i starsi, piesi i kierowcy. Do końca życia będę pamiętał, że miałem zaszczyt uczestniczyć w tym wydarzeniu, które było jak kula śniegu uruchamiającą lawinę pozytywnych wydarzeń.

Nie mogę się jednak oprzeć niestety pesymistycznej refleksji.

Czytaj dalej