Na mareckim forum internetowym pojawił się wpis, dotyczący opłacalności zakupu drewna. Ponieważ mamy świeże doświadczenia w tej materii, spieszę się z nimi z Państwem podzielić i zasiać trochę optymizmu. Wniosek jest jeden – drewno uber alles!

Zanim przeprowadziłem się do Marek, w poprzednim, mniejszym mieszkanku z drżeniem serca czekałem na rachunki ze STOEN-u. Prąd był dla nas podstawowym medium. Na nim gotowaliśmy, nim się grzaliśmy, dzięki niemu mieliśmy ciepłą wodę. Stąd nie dziwiło nas, że rachunki za sezon zimowy grubo przekraczały 1000 zł. Co zrobić, takie życie…

Przeprowadzka przyniosła diametralną zmianę. Od tej pory staliśmy się uzależnieni (na własne życzenie) od gazu, dzięki któremu mamy dziś i ciepłą wodę, i ciepłe cztery kąty w zimie. Zafundowaliśmy też sobie kominek. Początkowo miał być rozpalany od przypadku do przypadku jako atrakcja w chłodne dni, ale gdy przyszły chłodne miesiące stał się naszym głównym źródłem ciepła. To trochę zasługa podpatrywania sąsiadów, którzy palili na potęgę.

Nim przyszło lato kilku z nich zamówiło drewno do kominka. Klęli jak szewcy, bo jego dostawca miał to do siebie, że przyjeżdżał dwa tygodnie po ustalonym terminie. Ale to małe piwo. Potem okazało się, że trzeba mu wierzyć na słowo. Nikt – poza nim oczywiście – nie mógł stwierdzić, że to, co przywiózł, to właśnie wymarzone 4 metry nasypowe. Wreszcie po niewczasie okazało się, że nie był to obiecany jesion, ale topola, której właściwości kaloryczne są mizerne.

Uzbrojony w te sąsiedzkie doświadczenia zacząłem szukać w internecie firmy, która dostarczy mi dobre i pocięte we właściwej ilości drewno. Znalazłem pięć różnych telefonów. Już ze wstępnych rozmów można było się połapać, kto z ich właścicieli (lub pracowników) ma odpowiedni stosunek do klienta, a kto ma go głęboko w d….. Tylko jedna firma wykazała się profesjonalizmem. Fakt – nie była tania (w sumie z transportem za metr podeschniętej i już połupanej dębiny płaciłem 180 zł), ale pakowała legalnie pozyskane drewno w specjalne stelaże, po którym widać było, że metr sześcienny to rzeczywiście metr sześcienny. No i przyjeżdżała o dokładnie umówionym czasie.

Od października zaczęliśmy ładować tę dębinę do kominka, czekając z zaciekawieniem na rachunki od PGNiG. Mieliśmy z żoną dodatkową motywację, bo monopolista dwa razy wywalczył sobie w ubiegłym roku podwyżki. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy w obecnym sezonie jesienno-zimowym dwa razy przyszły opłaty, sięgające ledwie 350-450 zł. I każdy rachunek obejmował dwa miesiące! Trzeba jednak uczciwie zaznaczyć, że co miesiąc w kominku niknął nieco więcej niż metr drzewa. Stąd – jak policzyliśmy – na ogrzewania wydawaliśmy w tym czasie 400 zł. Mnie się wydaje, że to niezły wynik. A Tobie, drogi czytelniku?

PS. Pewnie udałoby się zbić ceny drewna, gdybyśmy zebrali większą liczbę osób, zainteresowanych dostawą od jednej firmy. Na razie wspólnie z sąsiadem zamówiliśmy kolejną partię. We dwóch nie mamy jednak dużej siły przetargowej. Zapłaciliśmy 20 zł więcej. Cóż, zima rządzi się własnymi prawami…

Tadeusz_1972