Przychodzi tata z synem do jednej ze szkół w Ząbkach. Ojciec łapie nauczyciela i zaczyna go… tłuc. Dziecko łapie za rękę ojca i krzyczy: Tato, tato, to nie ten, to nie ten…  Żart? Nie – podobno prawdziwa historia, którą opowiedział mi mąż nauczycielki z sąsiedniego miasta. Zapytacie, dlaczego akurat teraz przypomniałem sobie tę historię? Z dwóch powodów – po pierwsze mam dzieci, które pójdą do podstawówki (musimy z żoną dobrze wybrać), po drugie – wpadł mi w rękę styczniowy numer Gazety Mareckiego Stowarzyszenia Gospodarczego, gdzie znalazła się ciekawa informacja o debacie, dotyczącej mareckiej oświaty.

 

W tym miejscu muszę się pokusić o dygresję. Jestem absolutnym fanem prasy lokalnej. Codziennie redaguję teksty w jednej z gazet ogólnopolskich i jestem zalewany globalnymi informacjami (głównie gospodarczymi). Odtrutką są wieści lokalne – tu pękła rura, tam uruchomią sygnalizację świetlną, gdzie indziej porozmawiają o miejskich inwestycjach. Oczywiście prasa lokalna ma swoje wady. Na zdjęciach z lokalnych imprez widać na przykład prezesów spółek, którzy akurat dają reklamy (ot, taki bezpłatny dodatek do płatnego ogłoszenia), albo włodarzy miasta, którzy są wydawcami tytułu (wiadomo – darmowa promocja).

 

Wracam jednak do głównego wątku. Zafrapowała mnie relacja w Gazecie Mareckiego Stowarzyszenia Gospodarczego z debaty na temat naszej, lokalnej oświaty. Wniosek – nie jest dobrze. Autor relacji radny Tadeusz Pasternak napisał, że wyniki testów, przeprowadzanych w podstawówkach i gimnazjum były najgorsze od lat. Dlaczego? Zdaniem nauczycieli, winne są dzieci i ich rodzice. I coś w tym jest, o czym świadczy przytoczona powyżej historia z ząbkowskiej szkoły. Ale będę też adwokatem diabła. Czy na pewno nauczyciele są bez winy? Z mojego dzieciństwa pamiętam, że w szkole było przynajmniej kilku „psorów”, którzy potrafili pociągnąć za sobą młodzież, którzy potrafili naprawdę zainteresować ich tematyką lekcji i wyprowadzić na ludzi. W szkole średniej, w trzeciej klasie, moją nauczycielką historii została Julia Tazbir, żona znanego profesora. Jej lekcje były po prostu magiczne. Tak skutecznie wszczepiła we mnie bakcyla historii, że już po roku zdobyłem na branżowej olimpiadzie indeks na studia. Chciałbym, żeby właśnie takich nauczycieli miały moje dzieci. Czy będą oni z Marek czy z Warszawy? To się już za rok się okaże, choć obraz nakreślony w mareckiej gazecie (szacunek dla dziennikarza za uczciwość i nie koloryzowanie rzeczywistości) motywuje do znalezienia szkoły w stolicy.

 

Mój problem pewnie nie jest odosobniony. Warto spojrzeć od czasu do czasu na dyskusję na mareckim forum internetowym. Na razie mamy zajmują się głównie żłobkami i przedszkolami. Zaraz jednak pojawią się debaty o szkołach. Ba,  już takowe wpisy są. Tak jak ten o „dwójce” przy Szkolnej: „Jak w większości szkół wiele zależy od tego na jakich nauczycieli dziecko trafi. Tu, podobnie jak gdzie indziej, są i bardzo dobrzy nauczyciele i ci kiepscy (..)  Świetlica jest głównie przechowalnią dla dzieci. Mało jest tam ciekawych zajęć. Zdarza się, ze dzieci oglądają telewizję. Tak przynajmniej było w ubiegłych latach. Od kiedy jest nowa pani na świetlicy, córka unika zostawania tam jak ognia (nie tylko ona).” – pisała Bea.

 

Po takiej relacji wypada jeszcze raz zadać pytanie. Czy naprawdę są winni tylko rodzice i dzieci?

 

Tadeusz_1972