Ponad miesiąc temu o jeden z pierwszych komentarzy na blogu pokusiła się Betty. Jest mniej więcej w moim wieku, sprowadziła się dwa i pół roku temu do naszego miasta, pracuje w Warszawie. W jej wpisie, tłumaczącym okoliczności przenosin do Marek, w dwóch miejscach pesymistycznie oddawała stan swego ducha. Raz nawet pojawiło się słowo „deprecha”. Wtedy odpisałem, że jestem permanentnym optymistą i że będę wlewać otuchy, ile wlezie. Dziś wokół mnie jest coraz więcej osób, które trzeba podtrzymywać na duchu. A i mnie jest coraz trudniej wierzyć, że w najbliższych tygodniach nastąpi poprawa.

Znów zachorowały dzieciaki. O ile jesień przeszły w miarę bezboleśnie, o tyle od stycznia zaczęła się z nimi jazda bez trzymanki. Co i rusz przynajmniej 38 stopni gorączki, antybiotyk i wyrwany z życiorysu tydzień. Jakby tego było mało, początek roku wiąże się tradycyjnie z większymi wydatkami. Ubezpieczenie lokum dla banku czy coraz wyższe raty kredytów (winne spread i słaby złoty) powodują, że solidnie napinamy się z żoną, by starczyło od pierwszego do ostatniego. Dobrze, że luty miał tylko 28 dni.

Z zewnątrz też dobiegają mało optymistyczne wieści. Mój znajomy z Marek, który mieszka 400 metrów od mego domostwa i z którym czasem jeżdżę do Warszawy, stracił pracę. Szkoda, bo wiem, że to solidny facet. Wierzę, że uda mu się odzyskać grunt pod nogami. Wreszcie mój Tato idzie na zabieg do szpitala. Kumulacja problemów…

Zasypywany tymi informacjami człowiek zaczyna szukać najdrobniejszych pozytywów. Choćby takich, że dziś w południe (piszę ten tekst w sobotę wieczorem w ostatni dzień lutego) w naszym mieście zaświeciło piękne słońce. Przez chwilę zapachniało wiosną – czasem, kiedy wszystko budzi się do życia. Oby wraz z nią obudziły się optymizm i wiara.  I niech Opatrzność ma nas w swojej opiece.

Tadeusz_1972