Jest niedzielne popołudnie. Słońce jeszcze mocno praży nad Markami, a my nie możemy uwierzyć w to, co widzieliśmy wczoraj na własne oczy. Najpierw były chmury, deszcze, gwałtowne burze, a potem – ludzka tragedia.

Jeszcze w środę zwiedzaliśmy Muzeum Papieru w Dusznikach Zdroju. To nie jest zwykła placówka muzealna, jakich wiele można spotkać w Polsce. Jej zaletą jest swoista interaktywność, bo jej gość nie jest li tylko biernym widzem. W dolnej części muzeum, położonej nieco powyżej poziomu płynącej wartkim strumieniem Bystrzycy Dusznickiej, można zobaczyć na własne oczy, jak onegdaj produkowano papier. Ba, za stosowną opłatą gość muzeum może go własnoręcznie wyprodukować. Zanim z własną kartką opuści mury muzeum, na ścianie zobaczy jeszcze na wysokości ok. 1,5 m, długą, czerwoną linię – znak, dokąd sięgała woda z powodzi w 1997 r. Wtedy pracownicy z pomocą wojska i straży wywieźli stamtąd 50 ciężarówek tego, co woda przyniosła i co zniszczyła. Jest to udokumentowane na zdjęciach – jako  groźne wspomnienie tego, co woda w ciągu kilku godzin potrafi zrobić z ludzkim dobytkiem. Patrzyliśmy na to z przerażeniem, ale i z nadzieją, że do powtórki dolnośląskiej powodzi nie dojdzie. A jednak.

W piątek zbieraliśmy się do wyjazdu z Kudowy. Dzieci już spały, mnie się oko kleiło, gdy żona potrząsnęła me ramię i powiedziała: Kłodzko zalane. Tu małe wtrącenie dla tych, którzy nie znają geografii Kotliny Kłodzkiej. Turysta, który wyjeżdża z kotliny  w stronę centrum Polski, jedzie jedyną drogą, jaka prowadzi od granicy przez Duszniki, Kłodzko, a potem wybiera albo trasę na Wrocław, albo przez miasto, kierując się na Nysę i Opole. Zamiast zasnąć, zastanawialiśmy się, czy w ogóle uda nam się przejechać przez Kłodzko. W niedzielę rano policjanci z Kudowy doradzali nam trasę przez Czechy, ale tam też przecież padało i nie mieliśmy gwarancji, że uda się przejechać. „Ryzyk – fizyk” – pomyśleliśmy i z duszą na ramieniu wyruszyliśmy w stronę Kłodzka. Była tak gęsta mgła, że nawet nie widzieliśmy, czy Bystrzyca Dusznicka okazała miłosierdzie dla Muzeum Papieru. Kiedy już dojeżdżaliśmy do Kłodzka, mgła się zaczęła rozrzedzać i pokazywać ogrom tragedii. Początkowo nasza droga wiodła dużo powyżej poziomu wody. Jednak przez okna samochodu już wtedy było widać mnóstwo zalanych domów. Tego się nie da opisać słowami. Wierzcie – w telewizji powódź wygląda okropnie, kiedy się ją widzi na własne oczy – straszliwe. Największym przekleństwem tych ludzi jest to, że mieszkają u stóp malowniczych gór. Ten straszliwy paradoks powoduje, że kilkudniowe opady deszczu w górach zamieniają ich siedziby, domostwa i ulice w niekończąca się rzekę.

Nam ledwo udało się przejechać przez centrum Kłodzka, otwartego dla ruchu pół godziny przed naszym przyjazdem. Na ulicach mnóstwo szlamu, pracujące ekipy porządkowe oraz smutne, zmęczone i bezsilne twarze ludzi, którzy jakby nie dowierzali temu, co się stało. Po przyjeździe do Warszawy doszliśmy do wniosku, że trzeba tym ludziom okazać choćby najmniejszy gest solidarności. Zdecydowaliśmy się dokonać wpłaty na konto Caritas, opatrzone hasłem „Powódź Południe” (więcej na http://www.caritas.pl/news.php?id=9089). Jeśli ktoś z mieszkańców Marek może pośpieszyć z pomocą, gorąco do tego namawiamy. To temat na dziś. Za dwa-trzy tygodnie, kiedy już sytuacja się uspokoi, media zapomną o Podkarpaciu czy Dolnym Śląsku. Tymczasem mieszkańcy tych regionów tak szybko się nie pozbierają i nie ma co się łudzić, że skutecznie zaopiekuje się nimi państwo czy samorządy. Im nadal potrzebna będzie pomoc. Nasza pomoc. Może więc któraś z mareckich organizacji zdecyduje się na przeprowadzenie kwesty? Może znajdzie jakąś zniszczoną i zapomnianą przez świat wioskę, która nie będzie mogła sama stanąć na nogi, a której zaniesie pomoc? Byłby to piękny gest. Gest mieszkańców Marek. 

Wioletta i Tadeusz