Zaczynam od ekspiacji. Od kilku dni nic nie pisałem. Może znajdę jakieś usprawiedliwienie… Zaraz, zaraz… O! Już wiem. Po prostu niecierpliwie czekałem, aż miasto naprawi znak przy Lisa-Kuli (o którego uszkodzeniu niedawno pisałem) i znów będę mógł pochwalić miejskie służby za sprawne działanie. Kupiliście to tłumaczenie? Jeśli nie, to macie rację. Ale skoro jestem już przy kwestii znaku…

…to wygląda na to, że nie był to akt klasycznego wandalizmu, lecz motoryzacyjnej łobuzerki. I to nie pierwszej w tej okolicy. Po pierwszym wpisie napisał do mnie pan Paweł.

Próbowałem z bratem podnieść nadłamany już znak i we dwóch nie dało rady. Pewnie samochód jakiś wjechał, tak samo jak ostatnimi czasy mi w ogrodzenie wywrotką, po czym uciekł” – opisuje.

Od zdarzenia ze drogowskazem minęły ponad dwa tygodnie. Uważni czytelnicy moich wpisów pewnie pamiętają, że gdy tylko zobaczyłem uszkodzenia, napisałem w tej sprawie do miasta z sugestią, że warto byłoby go naprawić. Nie minęły dwa dni, a znaku już nie było (komuś się musiał przydać :(). Minął tydzień od czasu wysłania mojej informacji dla miasta. I nic. Minął drugi tydzień. I nic. Dziś jest poniedziałek. I znów nic. Dlatego, drogi czytelniku, niestety – mimo zachęcających zapowiedzi – nie będę mógł pochwalić miejskich służb za sprawność działania… Ale solennie obiecuję, że nadal będę pisał w takich sprawach. Ja się tak łatwo brakiem reakcji nie zniechęcam…

Tadeusz_1972