Do drzwi naszego domu zapukał wirus. Nikt go tu nie prosił. Zwykle jednak bywa asertywny i w nosie ma wyraźne sugestie, żeby poszedł sobie precz, bo jest nieproszonym gościem. Rozsiada się w organizmie – niczym w wygodnym fotelu – i po chwili zaczyna siać spustoszenie, tym razem zwalając z nóg płeć piękną. Efekt jest taki, że stery domowej gospodarki musi przejąć facet. Czyli dane mi było w sobotę pojechać na zakupy…

W tych niepożądanych okolicznościach trafiłem po raz pierwszy w życiu na bazar w Pustelniku. Na liście zakupów znalazły się bowiem przede wszystkim warzywa i owoce. A gdzie je kupować? Jasne, że nie w hipermarkecie.

Ponieważ za oknem panowała dodatnia temperatura, przez chwilę przemknęła mi przez głowę myśl, by założyć wiosenne półbuty. Na szczęście opamiętałem się przed wyjściem i włożyłem górskie Boreale, które kupiłem jeszcze w czasach przedmałżeńskich, a które nigdy dotąd mnie nie zawiodły. Tym razem instynkt mnie nie zawiódł. W Pustelniku dodatnia temperatura zrobiła swoje. Przejście przez targowisko suchą nogą wymagało nie lada ekwilibrystyki. Na własne oczy widziałem jak kupcy próbują sobie dać radę z wszechobecną wodą. Jedni – przy pomocy szpadla – próbowali odprowadzić wodę w dalsze miejsca, inni kładli drewniane podkłady, by kupujący mogli spokojnie, czyli bez obawy o nogawki, przebierać w towarach.

Słaby dzień, panie – wyrokowała sprzedawczyni, pakując do torby jabłka – Mało ludzi dzisiaj przyszło. Pan patrzy, jaka chlapa. Ci, co mieszkają blisko, to przyjdą. Ale ci, którzy mają większy kawał drogi do przebrnięcia, zostaną w domu. Dobrze, że jeszcze przyjeżdżają ci zmotoryzowani. Pan samochodem? Ale gdzie tu parkować? Miejsca mało. To może jeszcze jedno jabłuszko. Tak dla równego rachunku? – namawiała, a ja specjalnie nie opierałem się, przedłużając konwersację.

Nie chce Pani handlować na miejskim targowisku przy Paderewskiego? – zaczepiałem.

Nie tam, Panie. Wystarczy, że tu przyjeżdżam. Jest ruch w sadowniczym interesie, nasze jabłka jadą na wschód, do Rosji. Teraz płacą nawet 70 gr za kilogram. 10 groszy więcej niż rok temu – opowiadała sprzedawczyni.

No tak, ja jestem detalistą. Za kilogram 2 zł się należało…

Przespacerowałem się dwiema targowymi alejami. Szokująca była zwłaszcza część mięsna. Na otwartych straganach leżały porąbane niedbale kawałki mięsa. Przypominało to trochę sklep mięsny z czasów peerelu, do którego właśnie rzucili towar. Tyle, że w sklepie warunki sanitarne jakieś były. A tu? No cóż, strach odpowiadać na to pytanie. Ale skoro są sprzedający, to też muszą być kupujący, którym to nie przeszkadza…

 –  Jak długo dziś będziecie Państwo handlować? – zapytałem sprzedawcę, który energicznym ruchem wsypywał mi do torby ziemniaki. Zaraz za jego stoiskiem rozciągała się oczywiście wielka kałuża.

Dziś to krótko. Koło południa będziemy się pakować. Kiepski dziś dzień do handlu – potwierdził opinię mojej pierwszej rozmówczyni – Na wiosnę i latem będzie lepiej, bo i handel będzie dłużej trwał – prognozował z miną znawcy.

No cóż, może wtedy znowu przyjadę :). Ale na pewno nie po mięso :(.

Tadeusz_1972

Reklamy