Zadzwonił do mnie dobry znajomy. Tradycyjnie plotkowaliśmy sobie o tym, co piszczy w polskim biznesie, gdy ni stąd ni zowąd zaczęliśmy rozmawiać o inwestycjach w kulturę. W tę przez duże „K”. Mój rozmówca zwrócił uwagę na arcyciekawą rzecz. W najbliższych latach zostaną otwarte w Warszawie dwie ważne placówki: Muzeum Sztuki Współczesnej (położone w samym sercu stolicy obok Pałacu Kultury) oraz Muzeum Historii Żydów Polskich (ulokowane na placu obok Pomnika Bohaterów Getta).

Tadeusz – twierdzi mój znajomy – to nie tylko będą wartościowe placówki z kulturalnego punktu widzenia, to będzie także magnes, który przyciągnie do Warszawy jeszcze więcej turystów. Co najmniej jeden samolot z Izraela dodatkowo będzie lądować na Okęciu, zobaczysz… Zarobią na tym nie tylko muzealnicy, ale i hotelarze oraz restauratorzy – snuł wizję mój (rozmarzony) rozmówca.

Dlaczego o tym piszę? Ta rozmowa przypomniała mi o ciekawym artykule, jaki ukazał się w „Gazecie Mareckiego Stowarzyszenia Gospodarczego”, który – niestety – przeszedł bez większego echa. Niesłusznie. Głównymi bohaterami tekstu są kompleks braci Briggs oraz Jarosław Modest Daszkiewicz, krytyk i historyk sztuki, który ma wizję, co ze spuścizną angielskich przemysłowców zrobić. Jego zdaniem, w tym miejscu powinno powstać Centrum Młodej Sztuki (CMS), w którym prace mogliby prezentować plastycy, filmowcy, muzycy czy nawet poeci. Co ważne, Jarosław Daszkiewicz nie jest teoretykiem. Markowianie (i warszawiacy) mogą pamiętać Arsenał ’88, czyli wystawę młodej plastyki polskiej, która cieszyła się ogromną popularnością. Ale autor koncepcji CMS liczy nie tylko na polskiego widza i tylko na polskiego artystę.

Byłoby to pierwsze takie miejsce stałej ekspozycji w Europie (Apperto w Wenecji jest raz na dwa lata i dotyczy tylko plastyki). Już 20 lat temu, przy okazji kultowego Arsenału’88 próbowano przekształcić warszawską Halę Gwardii w polskie d’Orsay (muzeum w Paryżu, dawny dworzec kolejowy). Zawirowania polityczne i społeczne uniemożliwiły to jednak. Teraz jest dobry czas, dobre miejsce, stosowni ludzie. Nie zmarnujmy kolejnej szansy! – apeluje Jarosław Daszkiewicz.

Pomysłodawca CMS twardo chodzi po ziemi i doskonale wie, że nie może to być deficytowy projekt.

Oczywiście Centrum Młodej Sztuki (to tylko nazwa robocza) jest wizytówką artystyczną, znakiem rozpoznawczym fabryki Braci Briggs, oryginalnym czynnikiem wyróżniającym. Główną jednak osią napędową ma być coś na kształt „hipermarketu kulturalnego”. To tu spotykać się powinny całe rodziny od godziny 10.00 do 22.00, podobnie jak w paryskim Centrum Pompidou, Muzeum Ludwiga w Kolonii, Kroller – Müller w Oterlo (Holandia). Już przed 20 laty podobny mechanizm z powodzeniem był stosowany w warszawskiej Hali Gwardii, którą w ciągu sześciu tygodni odwiedziło ok. 120 tys. widzów podczas wystawy „Arsenał’ 88”. Przewidywana frekwencja roczna dla fabryki Braci Briggs powinna wynieść na starcie co najmniej dwukrotność tej liczby. Frekwencję, przy założeniu, że bilety będą tanie, a sztuka w swoim wymiarze będzie adresowana do szerokiego spektrum publiczności, osiągnie się poprzez organizowanie „weekendów rodzinnych”, „nocy kultury”, aukcji dzieł sztuki na cele charytatywne – opisuje Jarosław Daszkiewicz.

Jego zdaniem, „kultura” to też jeden z najlepszych biznesów. Szczególnie chwali władze Wrocławia, które nie skąpią grosza na inwestycje w imprezy kulturalne i które co i rusz chwalą się zdobyciem nowych inwestorów.

–  Jak obliczył prof. Leszek Zienkowski (były prezes GUS, doradca prezesa NBP), każda dodatkowa złotówka wydana na kulturę daje w skali kraju 5,50 zł – przyrostu wartości dodanej brutto. Mechanizmu sprzężenia kultury z ekonomią wrocławianie uczyli się od guru ekonomicznego Ameryki – Richarda Floridy. Uważał on, że bohema artystyczna ma niepodważalny i wymierny wkład w rozwój współczesnej gospodarki. To jest sprawdzony przykład. Dlaczego nie powtórzyć tego w Markach?  – pyta Jarosław Daszkiewicz.

Wizja już jest. Osoba, która jest gotowa ją wdrożyć, także. Teraz pozostaje podstawowe pytanie – czy znajdzie się inwestor, który będzie w stanie ją wdrożyć? Chodzi naprawdę o wielkie pieniądze. Wartość nakładów oszacowano w czasach koniunktury na ponad 62,5 mln zł. Biorąc pod uwagę spowolnienie gospodarki i to, że firmy budowlane zabijają się o zlecenia, mogą (ale nie muszą) być mniejsze. Kluczem jest dofinansowania z unijnej kasy, z której circa można pokryć połowę wydatków. Ale brakuje jeszcze 30 mln zł…

Teoria podpowiada, że nie należy patrzeć na samorząd. To nie może być jego zadanie w chwili, gdy miasto i jego podmioty zależne czekają inwestycje związane z budową kanalizacji (70 proc. miasta), z edukacją (nowe gimnazjum, szkoła w Strudze), drogami (worek bez dna) etc. Dość powiedzieć, że roczne wpływy miasta w 2010 r. na początku były szacowane na 70 mln zł, wydatki na 74 mln zł. I jak tu wysupłać 30 mln zł przy kilkumilionowym deficycie? A może by tak….

W mojej głowie narodził się z pozoru szalony pomysł, ale kto wie… Zakłada zupełnie inny model realizacji tego przedsięwzięcia i to taki, który – przynajmniej bezpośrednio – nie obciąża budżetu gminy. Scenariusz byłby mniej więcej taki. Miasto tworzy spółkę zależną (jej przyszłe zadłużenie nie obciąża wskaźników zadłużenia samorządu) i zdobywa unijne dofinansowanie. Wnosi do niej majątek w postaci nieruchomości po braciach Briggs. Równolegle powstaje zespół ludzi – menedżerów z krwi i kości (i tych od finansów, i tych od kultury – tu widziałbym miejsce dla Jarosława Daszkiewicza), który buduje przekonujący biznesplan przedsięwzięcia pod nazwą „Rewitalizacja Pałacu i Fabryki Briggsów”. Taki plan, który zakłada, że w dającej się przewidzieć perspektywie finansowej spółka staje się dochodowa. Na tej kanwie można zacząć pisać prospekt emisyjny i spróbować wejść na warszawską giełdę. Takiego debiutu na parkiecie w naszym kraju jeszcze nie było, dlatego CMS czy Briggs&Co (zwał jak zwał) miałby zapewnioną darmową reklamę w mediach. To po drugie, bo po pierwsze nie można zapominać o głównym celu upublicznienia: zdobyciu kapitału od inwestorów na modernizację kompleksu, jego rozruszanie, a następnie jego rozreklamowanie.

Oczywiście scenariusz debiutu giełdowego zakłada podział udziałów między samorząd a przyszłych akcjonariuszy. Wśród części Czytelników pojawić się może obawa, że ktoś może przejąć Brigg&Co, a potem zamienić pałac i fabrykę w czyste centrum handlowe. Można jednak tak zbudować strukturę akcjonariatu, by miasto miało w ręku taki pakiet akcji, który będzie albo dawał większość na walnym zgromadzeniu, albo blokował ewentualne zmiany w statucie (czytaj) formule działalności spółki.

Tyle podpowiada wyobraźnia. I jeszcze jedno – do tego szalonego planu przydałaby się lepsza koniunktura na giełdzie. Wprawdzie po kryzysowych spadkach na GPW nie ma już śladu, ale lepsza byłaby hossa, taka jak po wejściu do Unii. Wtedy (prawie) wszystkie emisje sprzedawały się na pniu…

 Tadeusz_1972

Reklamy