Poprzednim razem, gdy szlag trafił światło w Markach, miałem szczęście – siedziałem w pociągu relacji Warszawa Wschodnia-Wrocław Główny. Tym razem mi (a w zasadzie nam – całej rodzinie) się nie upiekło. Otwarłszy wrota domu okazało się, że prądu nie ma. No tak, przecież dwie godziny temu w Markach padało. Jak wówczas zazdroszczę Marcinowi…

Marcin nie jest w ciemię bity. Ma dłuższy niż ja staż w Markach. Wie już dobrze, że kilkugodzinne wyłączenia prądu to, hmmmm – jakby to powiedzieć, normalne. Wystarczą burza, gwałtowny deszcz, silny wiatr i energetycy mają pełne ręce roboty. A w tym czasie nam wszystkim bieda. Jeszcze ci, którzy mają kuchnię gazową, zawsze mogą sobie ugotować wrzątek. A ja jestem… ugotowany, bowiem MLP* woli elektryczną.

Nie wiem, jaką kuchnię ma Marcin, ale jemu to bez różnicy. Zaopatrzył się bowiem w generator prądu. Ilekroć pada napięcie w Markach, idzie do garażu, wyjmuje urządzenie, wlewa paliwo, podpina kable i… idzie oglądać telewizję. I tak awarie nie są mu straszne. Chyba trzeba będzie pójść w jego ślady i nabyć takie urządzenie. Podobno za tysiąc złotych można już coś sensownego kupić. Ech, rozpieszczony jestem stolicą. Tam wyłączenia prądu były naprawdę rzadkością…

Tadeusz_1972

*Moja Lepsza Połowa

Reklamy