Stało się. Podwoje otworzyła marecka Biedronka. Przed południem głowę do placówki przy Fabrycznej wsadziła moja kobieta. Wyszła z bananami, mandarynkami i kilkoma drobiazgami higienicznymi. Była zadowolona – zamiast jeździć na większe zakupy do Warszawy i stać w korku na Toruńskiej – ma teraz sklep pod nosem. A to przypomniało mi pierwszy wpis na blogu, zatytułowany „Marki dla początkujących”. Pisałem wtedy, że my, eks warszawiacy, tak wiele rzeczy robimy w stolicy. Praca, zakupy, lekarz… Ostatnie tygodnie – przynajmniej w naszym przypadku – zaprzeczają tej tezie.

Zaczęło się od tego, że  popsuł się samochód. Ściągnęliśmy go do serwisu przy Ząbkowskiej. Jego właściciel – pan Robert – uporał się z nim szybko, sprawnie i za rozsądne pieniądze, czego nie można powiedzieć o warszawskich warsztatach. Albo dzieciakom zabrakło książek. Szukaliśmy w różnych księgarniach, zerkaliśmy do Merlina, a okazało się, że wystarczyło podjechać na ulicę Braci Briggs. Tam – w garażu – działa księgarnia pana Piotra. W sumie nie powinienem pisać, że w garażu. Gdy wejdzie się do środka, placówka wygląda lepiej niż niejeden punkt w Warszawie. A i właściciel szybko ściągnął dla nas pozycje, których nie znaleźliśmy w sklepie internetowym.

Na deser zostaje pani Ania. Nie tak dawno jeszcze korzystałem z salon fryzjerskiego w Carrefourze przy Głębockiej. W wakacje wybrałem się rower i z głupia frant skręcił na Fabryczną. Pomyślałem – mężczyzna niewiele ryzykuje, a może fryzjerka okaże się dobra. Miałem nosa. Pani Ani, której punkt działa niedaleko Orlenu, ujęła mnie tym, że jest bardzo dokładna. No i za męskie strzyżenie winszuje sobie też trzy raz taniej niż w Carrefourze. Ba, gdy do tego zaproponowała jeszcze rabat – odmówiłem – byłoby to już zupełnie nieprzyzwoicie tanio. Dziś z jej zakładu korzysta cała rodzina i wszyscy są zadowoleni.

A w niedzielę wybiorę się na spartakiadę. To już szósta edycja. Drodzy Czytelnicy, zobaczymy się?

Tadeusz_1972