W niedzielę pięknie świeciło słońce. Wybraliśmy się na krótki spacer do parku przy fabryce i pałacu Briggsów. Wzięliśmy ze sobą torbę pełną suchego chleba. Moja żona dobrze zapamiętała, że przy kanałku – w pobliżu alei Piłsudskiego – stacjonują kaczki. Dla dzieciaków ich karmienie zawsze jest ogromną frajdą. Z tym tylko, że dotąd robiliśmy to w stolicy.

Wystarczyło wrzucić do rwącego nurtu pierwsze kawałki pieczywa, by przy mostku zaraz zrobiło się gęsto od ptactwa. Żartobliwie mówiąc, nasze mareckie kaczki nie są tak wybredne jak warszawskie, które najpierw się łaskawie zastanawiają, czy podpłynąć czy też nie…. Te z Marek muszą być sprawniejsze. Po pierwsze, rwący nurt kanałku powoduje, że muszą szybko się orientować, gdzie wylądował kawałek kromki chleba, po drugie – może są po prostu głodne. Dlatego zapraszam… do karmienia kaczek.