Kilka dni temu przecierałem oczy ze zdumienia. Po raz pierwszy od niemal trzech lat, jak mieszkam na mareckiej ziemi, przy skrzyżowaniu Ząbkowskiej i Szkolnej zobaczyłem anioła. Albo raczej, żeby być precyzyjnym – aniołka Labudy. To ubrany w odblaskową kamizelkę pan, który czuwa, by w godzinach porannych dzieci mogły bezpiecznie przejść do szkoły po ledwo widocznych już pasach. Akurat w przypadku tego skrzyżowania to niegłupi projekt, choć dla mnie swoisty ersatz.  Tłumaczę, dlaczego… 

Ząbkowską jest ulicą, gdzie kierowcy ograniczenie do 40 km/h mają głęboko w nosie. No bo przecież wszyscy się tu bardzo śpieszą, a skoro droga wolna i nie ma radaru, to hulaj dusza, piekła nie ma. Słowem – problem uniwersalny. Nietypowa była za to reakcja mieszkańców Ząbkowskiej, którzy mieli dość rozpędzonych aut. Skrzyknęli się, a ich liderzy Wioletta i Michał Jaroch – zaczęli zbierać podpisy za budową progów zwalniających. Zanieśli dokumenty do urzędu i dostali nawet pisemną obietnicę od wiceburmistrza, że tzw. leppery zostaną wykonane. Przyjdzie na nie jednak poczekać do kolejnej kadencji samorządowej.

Dlatego przyszłym władzom poddaje pod rozwagę jeszcze jedną możliwość, którą zaobserwowałem na warszawskim Bródnie. To wyspa szerokości całego skrzyżowania, przed którą każdy musi zwolnić niezależnie od tego, czy ma pierwszeństwo przejazdu, czy też nie. Takie uniwersalne rozwiązanie można zastosowania przy obu „małych obwodnicach Marek” – Ząbkowskiej i Okólnej, zwłaszcza miejscach, gdzie przez pasy przechodza najmłodsi. A na razie dzieciakom muszą wystarczyć aniołek i… rozsądek kierowców.

PS. Kilka miesięcy temu sygnalizowałem zniszczenie znaku, uprzedzającego o przejściu dla pieszych przy skrzyżowaniu Szkolnej i Fabrycznej. Może – oprócz anioła – go znów postawimy?

Advertisements