Kiedyś „Gazeta Stołeczna” szukała magicznego miejsca w Warszawie. Zastanawiałem się, czy uda się takie znaleźć w Markach. Beata, z którą korespondowałem wczoraj via Facebook, podpowiedziała mi trop: owocarnia.

Wielu z Was czekało na dzień, kiedy w Markach pojawią się nowoczesne formy handlu. Pamiętam, jakie emocje budziło wejście Biedronki. Już dziś – po liczbie klientów – można powiedzieć, że portugalska sieć odniosła sukces w naszym mieście. Chciałbym, że sukces – oczywiście zachowując odpowiednie proporcje – stał się także udziałem owocarni – malutkiego, tradycyjnego (w dobrym znaczeniu tego słowa) sklepu, położonego przy Piłsudskiego, naprzeciwko Banku Pekao i nieopodal Mareckiego Ośrodka Kultury. Wpadłem dziś tam rano, wracając z pieczywem ze „Szwajcara”. Kiedy wszedłem, już wiedziałem: to jest to!

 

Na czym polega magia tego miejsca? Jest tak przytulnie, tak schludnie, tak domowo, choć przecież za oknem ruchliwa arteria. No i ten (wiem – nadużywam tego słowa) magiczny zapach. Pan Janusz, z którym uciąłem sobie miłą pogawędkę, mieszka w Markach od dekady. Prowadzi firmę remontowo-budowlaną, a to gwarancja, że sklep da sobie radę pierwszych miesiącach funkcjonowania – zanim stanie się miejscem, które często będziecie odwiedzać. Zapytacie: dlaczego warto tu wpaść? Choćby po to, by napić się ogromnej szklanki soku ze świeżych pomarańczy. Prawdopodobnie od powyborczego poniedziałku – by kupić chleb z Piekarni Staropolskiej. A  przed świętami? By poszukać rozmaitych dodatków do potraw, których nie znajdziecie np. w Biedronce. Gdy zrobi się ciepło, Pan Janusz myśli o wystawieniu stoiska z owocami przed sklep. Przekonuje, że ludzie mają zakodowane w podświadomości, że towar z ulicy jest tańszy, choć – jego zdaniem – to tylko mit. „Wszak zaopatrujemy się – tak jak kupcy z bazarów – na tych samych giełdach towarowych” – tłumaczy.

Wiem. Nasłodziłem owocarni, ile wlezie. Teraz drobiazg, który nie przypadł mi do gustu. Właściciele włożyli wiele serca, by pokazać wyjątkowość tego miejsca. Stąd plakaty z ubiegłego stulecia, imitacja starego zegara, przedwojenna waga z szalami. Jest też druga waga, taka z Peerelu, a przecież te czasy kojarzą się z taka przaśnością…. I to jest jedyny element, który – moim zdaniem – nie pasuje do tego miejsca. Ale to już poddaję Waszej ocenie…

Advertisements