Ta wczorajsza frekwencja odzwierciedla tylko stan naszego mareckiego społeczeństwa, któremu jest obojętne, co się dookoła niego dzieje. Zresztą widać to po zaśmieconych ulicach – napisała na wieść o wynikach wyborów wczoraj marczanka. Przyznam, że też w niedzielę byłem zdegustowany, kiedy Państwowa Komisja Wyborcza publikowała dane o frekwencji. Najgorsi w całym powiecie. Zamiast „pępka powiatu” inna część ciała…

Twarde dane mówią jasno: z 41,72-procentową frekwencją staliśmy się jego czerwoną latarnią. Rekord osiągnęła Strachówka: tu do urn poszło prawie 70 proc. uprawnionych. W większych miastach też było lepiej niż w Markach. Błysnął Tłuszcz, gdzie na głosowanie pofatygowało się 55 proc. obywateli. Próg 50-proc. pokonały także Zielonka i Kobyłka.

Ale potem przyszła refleksja: owszem, nie jest dobrze, ale jest lepiej niż cztery lata temu, a przecież nie od razu Kraków zbudowano. Jesienią 2006 r. wyborcze kartki do urny wrzuciło 38,4 proc. dorosłych markowian. Różnica na plus: 3,3 pkt proc. Teraz przeliczmy to na osoby. Cztery lata temu zagłosowało 6488 osób, w niedzielę 8067. Różnica na plus: 1579 osób. Pewnie pomogła w tym szersza oferta: na wyborczym rynku pojawiło się więcej komitetów i więcej kandydatów na burmistrza niż cztery lata temu.

Za niecałe dwa tygodnie czeka nas wyborcza dogrywka. Tu głosowanie będzie proste: jedna kartka, dwa nazwiska, jeden krzyżyk. Znajomi twierdzą, że frekwencja pewnie będzie niższa niż w pierwszej turze, ale to nie zwalnia mnie z obowiązku dalej nudzić: idźcie i głosujcie! Dobrze to skwitował Paweł Ziętara z Komitetu Lepsze Marki (swoją drogą szkoda, że nie weszli do rady). Wymyślił do kolejnej odsłony kampanii frekwencyjnej hasło: „Głosuję, bo w Markach burmistrz jest ważniejszy od prezydenta RP”. I coś w tym jest…

Reklamy