Tę historię opowiedzieli mi moi sąsiedzi. I przyznam – włos mi się na głowie zjeżył. Za oknem minus dziesięć stopni, tymczasem na drodze, którą jeżdżą setki markowian, pojawiają się kałuże. Skąd? Pewnie się domyślacie. Przy niektórych bramach pojawiły się wężyki i znów zaczęło się wielkie pompowanie. Co gorsza, zapach, którego i mnie było dane niedawno „zakosztować”, świadczy, że to wcale nie jest woda z piwnicy…

Nie trzeba być absolwentem fizyki, by dojść do wniosku, że kałuże przy takiej temperaturze zaczynają zamarzać, a jezdnia staje się śliska jak tor na warszawskich Stegnach. Miasto – choćby stawało na uszach – w takiej sytuacji nie będzie w stanie utrzymać nawet względnego standardu zimowego drogi. O wypadek wtedy nietrudno. Czy ktoś musi zginąć, żeby ci, którzy pompują, oprzytomnieli?

Advertisements