Wysoka gorączka jest już tylko złym wspomnieniem, męczą jeszcze kaszel i surowy zakaz lekarski, dotyczący wychodzenia z domu. Ma to swoje dobre strony np. leniwe śniadanie z żoną z pyszną wędliną, chrupiącym pieczywem i ciepłą herbatą/kawą. Rozparcelowaliśmy między siebie dzisiejsze wydanie „Gazety Wyborczej”, rywalizując o najciekawszą część, czyli „Stołeczną”. Małżonka zaczęła czytać na głos, ile czasu na początku ubiegłego stulecia potrzebowała konna karetka, by pokonać odcinek z warszawskiego Leszna (siedziba pogotowia) na Pragę przez most Kierbedzia. Zgadnijcie… Tylko siedem minut. Na Plac Unii Lubelskiej – osiem. Odłożyłem strony sportowe „Wybiórczej”, bo to, co dalej odnalazła żona w cyklu „Warszawa nieodbudowana” Jerzego S. Majewskiego, było jeszcze ciekawsze. Otóż pierwszy samochód dla warszawskiego pogotowia ofiarował w październiku 1909 r. nie kto inny jak Jan Briggs. To przecież angielski przemysłowiec, który wraz z rodziną uruchomił pod koniec XIX wieku w Markach najnowocześniejszą podówczas przędzalnię, osiedle robotnicze, szkołę elementarną, no i zbudował pałac.

Samochód wypróbował najprzód inżynier Krzyżanowski, członek zarządu przędzalni. Później na szybkość i wytrzymałości – prezes i sekretarz zarządu, dopiero po zupełnym doprowadzeniu do sprawności oddano go pogotowiu ratunkowemu” – opisywał wydarzenia 1909 r. „Kurier Warszawski”.

Zapraszam do lektury tego ciekawego tekstu (str. 12), zwracając na uwagę na ówczesne opinie na temat warszawskich i podmiejskich dróg :).

Reklamy