Niedawno trzykrotnie wybierałem się na miejskie – krótsze bądź dłuższe – przechadzki. Wszystkie łączą dwie rzeczy – bliskość kanału mareckiego oraz dżentelmenów, którzy na mrozie rozgrzewali się przy pomocy napojów wyskokowych. Zarówno na wale niedaleko delikatesów Aga, w parku obok fabryki Briggsów czy na tyłach kiosku na rogu ul. Braci Briggs i Piłsudskiego młodzi lub mniej młodzi amatorzy alkoholu raczą się procentami na świeżym powietrzu. Żeby tam jeszcze była jakaś parasolka i ogródek piwny. Gdzie tam, przecież zima jest, a pić jakoś trzeba. Całe szczęście, że dzieci bardziej były zajęte okolicznym ptactwem i nie zwracały uwagi na nieustraszonych ratowników budżetu państwa (wiadomo – akcyza :)!).

Nie będąc pewnym, czy picie w miejscu publicznym jest karane, wklepałem kluczowe słowa do wyszukiwarki. Teoretycznie nie ma zmiłuj. Za picie na ulicy czy w parku można wlepić grzywnę wysokości sto złotych polskich (w przeliczeniu jakieś czterdzieści piw z Biedronki). No można, ale przypomniałem sobie o niedawnym komentarzu Dariusza Pietruchy. Wprawdzie dotyczył on sprawy wylewania szamba na ulicę, ale ma charakter uniwersalny:

Dlaczego nie przechodzimy na czerwonym świetle? Bo mamy za dużo do stracenia. Dlaczego wylewają szambo, palą plastiki, śmiecą? Bo nie istnieje nieuchronność kary, nie ma kto kontrolować i kto karać” – pisał radny.

I to jest  sedno sprawy.

Reklamy