Po trzech dniach nieobecności wróciłem do Marek. W niedzielę, złoszcząc się na dolnośląską mżawkę, dostałem telefon od Jacka ze złowróżbną informacją: Marki zalewa. Swoją drogą podziwiam go: facet nie zastanawiał się wiele i zaraz po ulewie wraz z Marcinem rozwoził mieszkańcom worki z piaskiem. Mnie pozostało lekkie podenerwowanie, czy aby moje cztery kąty wyszły obronną ręką. W poniedziałek odetchnąłem – w mieszkaniu sucho, ale i tak byłem w lekkim szoku. Wracając przez aglomerację stołeczną nie widziałem już śladów zalanych ulic czy kałuż. Do czasu.

Skręcając wieczorem ze Szpitalnej w Ząbkowską po raz pierwszy stchórzyłem. Woda szeroką ławą płynęła w stronę Ząbek. W obawie przez zalaniem silnika zawróciłem i wjechałem z powrotem na Piłsudskiego. Od strony Szkolnej było dużo lepiej, choć niedzielne zdjęcia z tej ulicy i tak były przerażające…

Wieczorem przyszła taka refleksja. Nie zazdroszczę deweloperom, którzy inwestują w Markach. Potencjalni klienci, słysząc o zamkniętych i zatopionych ulicach, pomyślą, że tu nie warto kupować nieruchomości. I poniekąd będą mieć rację. A wtedy deweloperzy będą musieli zejść z cenami do takiego poziomu, że kupujący przymknie oczy na zatopione ulice… Ale to oznacza, że ceny naszych mieszkań też mogą spaść.

Advertisements