Kiedyś wspomniałem o czterech interpelacjach, które napisał Michał Jaroch, mój sąsiad i radny zarazem (https://jestemzmarek.wordpress.com/2011/03/26/michal-razy-cztery/). Tuż przed weekendem dostałem ciekawy, moim zdaniem, komentarz do tego wpisu, autorstwa Joanny. Pozwólcie, zacytuję go w całości, choć oczywiście nie ze wszystkimi tezami do końca się zgadzam (o tym dalej).

Witam. Bardzo mnie cieszy fakt, że pan Jaroch potrafi pytać i uparcie czeka na odpowiedzi. Tego w Markach dawno nie praktykowano. Niewygodne pytania to nie były klimaty mareckie. Stara Rada Miasta na pewno ich nie stawiała. Jestem mieszkanką Marek i tak jak wielu innych cieszę się, że ruszyły prace kanalizacyjne. Przyglądam się jednak wykonawcom i tu pojawia się problem. Zostawiam temat opieszałości, bo przecież zawsze można powiedzieć, że w pracach przeszkadzają opady deszczu, ciągłe problemy z wodą, którą trzeba pompować. Zastanawia mnie inna kwestia. Dlaczego nikt nie kontroluje zachowania samych mieszkańców Marek, którzy wchodzą w dziwne relacje z ekipą pracującą na ich ulicach? Zupełnie niedawno byłam świadkiem sytuacji, gdy panowie zakładający przyłącze do posesji, ulegli dziwnej sile perswazji właściciela i przywieźli mu wystarczającą ilość drobnego kruszywa, który wykorzystano do podniesienia poziomu posesji. Dziwię się bardzo sąsiadom tego pana, że na to pozwolili, bo teraz obok ich domów jest rozlewisko. Ciekawe, jak po rozpoczęciu roku szkolnego dzieci przejdą do szkoły? Takich cwaniaków, którzy potrafią się ustawić, nigdy nie brakuje. Wzrastają jednak koszty inwestycji, przyzwoitość też nie pozwala godzić się na takie bezprawie. Mam więc proste pytanie, czy w najbliższym czasie pojawi się osoba kompetentna, która dokona inspekcji ulic, gdzie trwały prace i zajmie się kwestią wyrównania poziomów posesji. Nie można pozwolić na to, aby w biały dzień okradać miasto z środków przeznaczonych na inwestycje, a jednocześnie pozwalać na to, aby zalewało domy i podwórka tym, którzy nie wchodzą w układy z ekipą budująca kanalizację. Proszę o interwencję pana Jarocha, bo głosowałam na niego, a poza tym może nie jesteśmy sąsiadami, ale łączy nas zwykła ludzka przyzwoitość. Pozdrawiam.

I do przyzwoitości (a raczej jej braku) chciałbym nawiązać, choć w dwóch nieco innych sprawach. Otóż w czasie wodnej zarazy powszechne jest jej wypompowywanie z posesji. O ile jest to woda, trudno się ludziom dziwić, że nie chcą mieć jej w piwnicy. Niestety, nie zawsze jest to H20 w miarę czystej postaci, co łatwo można własnym nosem wyczuć. A przecież żyjemy w XXI wieku, a nie w średniowieczu. Aż strach pomyśleć, co by się zdarzyło, gdyby doszło do powtórki historii z Chojnowa. W sierpniu okazało się, że trzeba było zamknąć sieć wodociągową, bo w cieczy znalazły się bakterie coli. Zanieczyszczone zostały ujęcia wody przez dwa gospodarstwa, które wylewały nieczystości płynne ot tak po prostu na pole. To po pierwsze.

Po drugie – coraz częściej słyszę praktyczne i przewrotne zastosowanie hasła „po nas choćby potop”. Otóż część osób wylewa wodę (oby tylko) – tak, że płynie wartkim strumieniem do sąsiada. Żal im chyba za kieszeń ściska, żeby dokupić kilkadziesiąt metrów gumowego węża i wypuścić ciecz dalej. No bo przecież to mnie nie dotyczy. A potem ten zalewamy zabiera się za wypompywanie, no i mamy kwadraturę koła. Przynajmniej do chwili budowy kanalizacji deszczowej…

PS. Jeszcze o tym, z czym się nie zgadzam. Dotyczy to poprzedniej rady miasta. Przyznaję – nie ma długiego stażu, ale zahaczyłem o drugą połowę kadencji w poprzednim składzie. Było tam kilka osób, które potrafiły stawiać trudnie pytania.

Reklamy