Ten wpis dedykuję wierzącym-praktykującym (a zatem także i sobie). Słyszeliście o zjawisku churchingu? Z grubsza chodzi o to, że wierzący nie trzyma się twardo swojej parafii i uczestniczy w liturgii w różnych świątyniach. Nasze małżeństwo jest jednym z przykładów. Otóż – choć zabrzmi to pewnie niezręcznie – kościołami pierwszego wyboru są obiekty sakralne znajdujące się w pobliżu rynków Nowego i Starego Miasta.

Żeby było jasne – churching praktykowaliśmy, zanim sprowadziliśmy się do Marek. A kiedy już nasza stopa stanęła na mareckiej ziemi, byliśmy na mszach i przy Ząbkowskiej, i w Izydorze, i u Michalitów, i przy Jutrzenki. Z sentymentem wracamy jednak na skarpę wiślaną na Przyrynek, co niektórzy księża określiliby mianem porażki. Gdzieś przeczytałem, że w ten sposób ponoć ogołacamy naszą parafię z tego, co najcenniejsze, czyli nas wiernych. Odpowiem tak: Bóg jest wszędzie… Przy okazji zapraszam do sondy i komentarzy

Advertisements