A jak ty się zapatrujesz na pierwszą strefę w Markach? – zapytał mnie znajomy. Dobre pytanie, które… mnie nie dotyczy. Mieszkam na tyle blisko południowej granicy miasta, że (gdy nie dysponuje autem) najchętniej korzystam z stacji kolejowej w Ząbkach. Nie mam okresowego biletu komunikacji miejskiej, więc uiszczam w kasie 5,20 zł (słownie pięć złotych dwadzieścia gorszy) i jadę do Wileniaka, skąd już pieszo zmierzam do pracy. Pytanie jednak potraktowałem jak najbardziej serio i odpowiedziałem historią zasłyszaną od profesora Swianiewicza, doradcy prezydenta ds. samorządów.

Otóż tłumaczył mi, jaka różnica między samorządowymi kampaniami wyborczymi w Polsce i na zachodzie Europy. Według niego, za Odrą wyborca stawia na jakość usług publicznych, nad Wisłą – kluczowe są inwestycje. Trudno się dziwić – trochę nam do zachodniej Europy, która przez ponad 40 lat nie była skoszarowana w komunistycznym baraku, brakuje. Ale po słowach profesora i po akcji „pierwsza strefa” pomyślałem – skoro taki projekt został uruchomiony (szkoda, że przed wyborami, mniej nie byłby kojarzony politycznie), to my już jesteśmy na zachodnim poziomie w Markach. Tylko u licha – czemu dopiero budujemy kanalizację sanitarną? Czemu opadowa jest luksusem?

Po tych dwóch pytaniach ktoś odniesie wrażenie, że jestem przeciw pierwszej strefie. Powtarzam – mnie to nie dotyczy. Ale nie zazdroszczę skarbnikowi miasta. Ludzie, z którymi na co dzień się spotykam, od wielu lat czekają na wcale-nie-wydumane inwestycje. Ktoś, kto będzie je chciał ściąć, by przepchnąć tańsze bilety, jest samobójcą. Dlatego – jeśli więc zarząd miasta jest gotów przychylić się do postulatu 2 tys. uczestników akcji „pierwsza strefa”, powinien poszukać oszczędności w wydatkach bieżących, a nie w inwestycjach. Trudna sprawa. Ale dla orłów.

Advertisements