W czasach płacenia rachunków przez internet wizyta na poczcie staje się niezwykła wyprawą. Zrobiłem szybki rachunek sumienia – jestem tam dwa, może trzy razy do roku, zwykle przed świętami, by kupić znaczki pocztowe. Częściej w prasie czytam artykuły o modernizacji poczty niż mogę się przekonać o tym na własne oczy. Ale ostatnio miałem okazję to zrobić – zbłądziłem do placówki naprzeciwko Marcpolu..

Kiedyś, czytając mareckie forum, można było wiele przeczytać o grubiaństwie pracowników sędziwej firmy. Nic z tych rzeczy. Pani, która obsługiwała klientów, była nie tylko sympatyczna, ale rzeczywiście im pomagała. Słowem – pełny profesjonalizm: jak w prywatnej firmie, a nie spółce w 100 proc. kontrolowanej przez skarb państwa. Piszę o tym z pełnym przekonaniem, gdyż, niestety, miałem sporo czasu, by się temu przyjrzeć. Znajomy ostrzegał mnie – tam mogą być kolejki. Miał rację. Jeden pracownik w czasach przedświątecznych – choćby stawał na uszach – nie jest w stanie sprawnie rozładować kolejki. Przypomniałem sobie czasy PRL, kiedy taki ogonek był czymś zwyczajnym (choć do dziś rodzina wypomina mi, że po papier toaletowy nie chciałem stać, ale jak rzucili kostkę Rubika, to karnie stałem do papierniczego).

Druga rzecz, która mnie zaskoczyła, to strasznie uboga oferta handlowa tej mareckiej poczty. Kilka kartek świątecznych, kilka kalendarzy, znaczki i (sztuczny?) kwiat oplatający puste półki. Czyżby poczta sama sobie wytrącała możliwość zarobienia dodatkowych pieniędzy?

Advertisements