Przed ubiegłorocznymi wyborami popełniłem wpis zatytułowany „Biedronka jednoczy polityków”. Opowiedziałem w nim fenomen latarni przy sklepie popularnej sieci, który zgodnie podzielili kandydaci na posłów czterech różnych ugrupowań. W styczniu życie dopisało kolejną część tę historii.

W „Biedronce” przy Fabrycznej bywam raz na kilka tygodni. Zwykle otrzymuję zlecenie specjalne („kochaaaaaanie, nie ma mleka w lodówce”), z lenistwa i wygody wsiadam do auta i pokonuję tych kilkaset metrów. Ostatnio w weekend. Zaparkowałem przodem do Fabrycznej i byłem zdumiony. Niemal cały płot naprzeciwko wejścia do sklepu jest zapełniony reklamami. Dla każdego coś miłego. Chcesz jechać do ślubu luksusowym autkiem? Proszę bardzo. Potrzebujesz ekipę budowlaną? Nie ma sprawy. Nie nauczyłeś się angielskiego? Nic straconego. Marzysz o nowej fryzurze? Sny spełniają się już za rogiem…. Słowem, drobny biznes ma nosa i czuje, że dzięki tak ulokowanym reklamom (w sumie jest ich chyba ponad dziesięć) zagwarantuje sobie kontakt (przynajmniej wzrokowy) z klientami największej sieci sklepów. Jak tak dalej pójdzie, to ktoś zamontuje reklamę LED-ową….

Cóż, na temat Biedronki drobny biznes (zwłaszcza sklepikarze) już wiele narzekał i łez wylał. Cóż, w końcu jest to drapieżnik (najbardziej pospolita siedmiokropka zjada mszyce). Ale i przy takim drapieżniku, do którego garną się klienci, też można coś swojego ugrać, o czym zaświadcza marecki biznes. Czy nie jest to przypadkiem komensalizm?