W ubiegłym tygodniu wziąłem udział w seminarium, którego wnioski – choć powinny dotyczyć tylko samorządów – są interesujące praktycznie dla wszystkich: zarówno sektora publicznego, prywatnego biznesu jak i osób fizycznych. Spotkanie było poświęcone tematowi zadłużania dużych miast, które – by dogonić zachodnich odpowiedników – do 2035 r. powinny wydać astronomiczną kwotę 1100 mld zł. Łatwo nie będzie, bo minister finansów dokręca samorządom finansową śrubę. Co ważniejsze, z sektora bankowego, który dotąd był podstawowym źródłem zasilania w pieniądz, popłynął ważny sygnał: skarbniku, jeśli szukasz długoterminowego finansowania, musisz liczyć się z tym, że banki coraz mniej chętnie będą go udzielać. I to nie dlatego, że mają taki kaprys. Zdaniem bankowców, wpłyną na to uregulowania prawne, które zaostrzają w burzliwych czasach politykę kredytowania. Stąd sugestia dla samorządowców – przyzwyczajajcie się do szukania pieniędzy na giełdowym rynku obligacji, gdzie można zdobyć niebankowy pieniądz.

Drugi wniosek jest niepokojący dla nas wszystkich.

Otóż rośnie ryzyko wysokiej stopy procentowej, co przełoży się na koszt pieniądza. Mówiąc wprost – za zaciągnięty dług będziemy płacić wyższe odsetki. W Eurolandzie i w USA maszyny drukarskie pracują pełną parą, a pachnący świeżą farbą pieniądz jest wpuszczany do krwioobiegu gospodarki, by nie dopuścić do jego zatrzymania. Tyle, że taka polityka ma krótkie nóżki. Ceną za podtrzymywanie tętna gospodarki jest groźba wybuchu inflacji. A to się może wreszcie skończyć podwyżkami stóp procentowych (także w Polsce), co zobaczymy w wysokości rat kredytowych. Instytucje mogą się przed tym zabezpieczyć (zmieniając stopę oprocentowania ze zmiennej na stałą), my maluczcy – już nie….

Reklamy