W mrocznych czasach stanu wojennego byłem świadkiem rozmowy mojego Ojca z osobą, która akceptowała ówcześnie i (nie)miłościwie panujący system. Sprawa dotyczyła budowy kościołów w PRL. Rozmówczyni mojego Taty przekonywała, że nie można budować świątyń, bo w kraju brakuje materiałów budowlanych. Wtedy mój Ojciec przytomnie zauważył, że wystarczy produkować więcej cegieł. Cóż, jak mawiał nieodżałowany Kisiel, socjalizm walczył z problemami nieznanymi w normalnych systemach.

O rozmowie sprzed trzydziestu lat przypomniałem sobie, gdy rozpoczęła się dyskusja o wykorzystaniu mareckiego Orlika. Kto chce ją prześledzić, niech wejdzie na forum internetowe. Problem dotyczy wykorzystywania boiska przez piłkarzy Marcovii, co miałoby ograniczać możliwości gry innym użytkownikom terenu przy Stawowej. Nie zamierzam rozsądzać stron – mam zbyt mało wiedzy na ten temat. Natomiast wydaje mi się, że mamy do czynienia z klasycznym zderzeniem podaży i popytu. Podaż jest nieduża (dwa mareckie boiska ze sztuczną trawą), popyt – szybko rośnie (i to ze strony dzieci, młodzieży czy starych repów).

Rozwiązanie jest proste – po pierwsze, potrzebne są jeszcze miejskie boiska przy jedynce, czwórce i piątce, po drugie – wykonanie prac przez Józefa Wojciechowskiego na Marcovii. Jeśli te dwie kwestie zostaną zrealizowane, problem zniknie.