Szczęście w nieszczęściu, że doszło do tego już po rodzinnych uroczystościach – tak wydarzenia z początku tygodnia skomentowała moja małżonka. I dobrze, że nie zimą – dodała. Po raz pierwszy w historii życia w Markach zostaliśmy odcięci od dostaw gazu. Do wyłączeń prądu człowiek zdołał się jakoś przyzwyczaić (choć na warszawskich śmieciach to była rzadkość). Wie, gdzie są świeczki i zapałki, a jeśli o przerwie w dostawie ostrzega energetyka, robi zapas ciepłej wody do termosu. Różnica jest jednak zasadnicza – w naszym przypadku prądu zwykle nie było maksymalnie kilka godzin, gazu – niemal całą dobę. Piec przestaje chodzić, a jedynym źródłem ciepłej wody jest kuchnia elektryczna. I jak tu żyć, mieszczuchu?

Sięgnąłem w poniedziałek za telefon, żeby poinformować gazowników o awarii. W punkcie A odesłano mnie do punktu B, w punkcie B powiedziano mi, że za likwidację skutków awarii odpowiedzialny jest punkt A. Punkt B był sprytniejszy, bo dał mi numer komórkowy do osoby, bezpośrednio odpowiedzialnej za naprawę. Ciągnąłem ją za język ile się dało, by w końcu dowiedzieć, że w poniedziałek wieczorem gazu jeszcze nie będzie. Fakt – w ulicy została wykopana dziura, ale żadnej ekipy naprawczej tam nie uświadczyliśmy. Dlaczego nie likwidują skutków awarii wieczorem – zadawała to retoryczne pytanie żona, której rodzina wiele lat pracowała/pracuje w branży gazowej.

Na szczęście gazownicy mieli bat nad głową – bez gazu były też dom opieki społecznej oraz przedszkole. We wtorek błękitne paliwo znów się pojawiło w rurach. Życie wróciło do normy. Oby nie do następnego razu…

Advertisements