Takim zaproszeniom, by dołączyć do zespołu biegaczy, nie odmawia się. Idea Ekidenu jest wyśmienita. Trzeba przebiec maratoński dystans – na szczęście w podziale na sześciu zawodników. Warto mierzyć siły na zamiary, więc wybrałem tradycyjnie najkrótszy dystans pięciu kilometrów (może w maju dobiegnę do mety:-)). W sobotę mrozy zaczęły odpuszczać, w niedzielę ruszyłem na pierwszy trening po dłuższej przerwie. Wolę biegać rano, bo ponoć wtedy lepiej spala się zbędną tkankę tłuszczową, a okoliczna ludność  nie pali śmieci w piecach. Czystsze powietrze, lepsze bieganie. Niestety, spotkała mnie inna wątpliwa, zapachowa atrakcja.

Mam już odliczony dystans – to dwa kółka po czterech odśnieżonych mareckich ulicach. Gdy zaczynałem pierwsze koło, spostrzegłem, że przy jednej z posesji obywatel rozwija gumowy wąż i wprowadza go do kanalizacji deszczowej. Zacząłem się zastanawiać, czy już zaczęły się roztopy i podtapianie piwnic? No bo przecież w takiej sytuacji trudno się dziwić, że ludzie sięgają po pompy i usuwają wodę z mieszkań. Ale – mam wrażenie – to jednak nie była woda z piwnicy. Robiąc drugie kółko uderzył mnie potworny zapach smrodu, który bił z tego miejsca i który przynależy raczej kanalizacji sanitarnej, a nie wodzie z zatopionej piwnicy. Nie mam twardych dowodów, intuicja mi jednak odpowiada, że ktoś „dba o koszty” i zamiast zamówić beczkę lub po prostu podłączyć się do kanalizacji, wylewa gówno do kanalizacji deszczowej.

I jak tu żyć? Tylko do kogo kierować to pytanie?

Reklamy