Staliśmy na moście nad rzeką płynącą wzdłuż Fabryki Briggsów. Obok nas starszy pan z wnukiem karmił kaczki, które – mimo że już wiosna – nieprzytomnie opychały się starym chlebem. Od czasu do czasu nurt niósł plastikowe odpady, burząc niemal sielankowy landszafcik.

Panie, teraz to już jest czysto. Pan spojrzy, piasek widać. Kiedyś w ogóle nie dało się stać na tym moście. Taki smród bił, że nikt nie był w stanie tego wytrzymać. To był ściek. A teraz proszę, kaczki są, czysto jest – opowiadał mężczyzna, który prawdopodobnie jest rodowitym mieszkańcem.

Woda czysta, ale powietrze to już nie tak bardzo. Często czuć, że okoliczna ludność pali śmieci, które nie nadają się do spalenia w piecu – zagadnąłem.

No niestety, ich ojcowie palili, oni palą, oby ich dzieci nie paliły – odpowiedział.

Oby.

 

Reklamy