W piątek byłem lekko załamany, Przebiegłem „piątkę” i nie udało się złamać bariery 30 minut. Będę kulą u nogi – taka myśl przebiegła przez głowę. A tu tak silna ekipa „Nocnego Marka” (biegu na 10 km, który się odbędzie 28 czerwca) zbiera się na niedzielny Ekiden. Wiedziałem, że w drużynie wystąpią regularnie trenujący biegacze z Marek z doświadczeniem w tego typu imprezach. Gdzie mi się mierzyć z nimi – zaliczyłem raptem dwa profesjonalne starty i to dość dawno. W końcu pomyślałem – najstarszy jestem, taryfa ulgowa się należy. Stresik jednak nie opuszczał do ostatniej chwili. Jeszcze przed biegiem dokręciłem ad hoc teorię, że powinienem wręcz dać się wyprzedzać, by biegacze mogli zobaczyć na moich plecach logotyp „Nocnego Marka”. W ten sposób odbyłbym przynajmniej szlachetną służbę marketingową.

Źle nie poszło. Kiedy koledzy z drużyny mówili, że zaliczyłem trasę w 26-27 minut, potraktowałem to jako próbę pocieszenia. Powinienem im był zaufać. Gdy zobaczyłem wynik 26’44’ przeżyłem pozytywny szok. Był on jeszcze większy, gdy okazało się, że „Nocny Marek” w ogólnej klasyfikacji wylądował na 97 miejscu pośród 767 drużyn.

W sobotę i niedzielę rano mówiłem sobie: biegnę ostatni raz, w niedzielę wieczorem pomyślałem – a może za rok złamać 26 minut?

Advertisements