2014-07-13 15.33.51W niedzielę wybraliśmy się na Mszę dla spacerowiczów (oryginalna nazwa). Jest odprawiana o 16.00 w kościele św. Jacka przy Freta. Pojechaliśmy wcześniej obawiając się braku miejsc do parkowania. Zdarzył się cud i już przy pierwszym objeździe Nowego Miasta załapaliśmy się na miejscówkę dla pandziocha (prawa do nazwy auta należą do mojej siostry). Mając jeszcze trzy kwadranse wyruszyliśmy na spacer w stronę pomnika Powstania Warszawskiego. Na okalających go kolumnach są wyryte nazwy oddziałów, które 70 lat temu ruszyły do walki. Okazuje się, że na jednej z nich upamiętniono oddziały z miejscowości sąsiadujących z Warszawą, w tym także Marek, co uwieczniłem komórką.

Kilka dni wcześniej w redakcji dyskutowaliśmy nad sensownością Powstania – w kontekście geopolitycznym i olbrzymich kosztów społecznych. Wówczas przypomniałem sobie, co mówiła moja wspaniała nauczycielka – prof. Julia Tazbir. Jej zdaniem, ofiara stolicy miała znaczenie w kontekście października 1956 r. Rosjanie zdawali sobie sprawę, że gdy czołgi ruszą na Warszawę, dojdzie do krwawej jatki. Nie zaryzykowali. Budapeszt takiego „szczęścia” już nie miał…

Reklamy