Jeden dzień ucztowania świątecznego i miesiąc biegowej pracy idzie w komin. Kierowany wyrzutami sumienia, w poniedziałkowy poranek ruszyłem w leśną trasę. O tej porze nie bałem się szaleńców z kubłami wody, którzy pojawiają się w każdym mieście. Dobiegając do cmentarza spotkałem starszą kobietę – mieszkankę Marek, która sprzedaje znicze i kwiaty. Zwykle zamieniamy ze sobą kilka zdań, nasza znajomość datuje się od dnia, gdy ostrzegała mnie przed dzikami, grasującymi w okolicach Szkolnej. Tym razem to ja ją zagadnąłem, zdziwiony, że pracowała/pracuje zarówno w Wielką Sobotę jak i Lany Poniedziałek. A przecież przed świętami płeć piękna jest zarobiona w domu po same łokcie. A i w Wielkanoc trudno odpocząć, bo przecież kuchnia jest niezdobytą twierdzą Pań, które chcą się wykazywać niezliczonym talentami kulinarnymi, co odczuł mój corpus.

– Nie świętuje Pani? Nie chce Pani odpocząć?

– Panie, ja tu odpoczywam.

Zdziwiłem się, ale zaraz usłyszałem wyjaśnienie:

– W Święta jest tyle zamieszania, że tu mam spokój. Mniej roboty. A poza tym wszystko ugotowane. Dadzą sobie radę..

– Wesołych Świąt. I pobiegłem dalej…

Reklamy