Wielu z Was zastanawia się nad konsekwencjami samorządowymi i oczywiście politycznymi projektu ustawy metropolitarnej. Mnie od kilku dni frapuje wątek społeczny. W teorii ustawa ma łączyć, w praktyce może (choć nie musi) się okazać, że pogłębia podziały – te ludzkie. Mieszkańcy Warszawy będą mieć pretensje o to, że ci, którzy mieszkają w tzw. wianuszku, uczestniczą w wyborze prezydenta stolicy. Mieszkańcy wianuszka – że warszawiacy wtrącają się w życie ich własnych małych ojczyzn, które i tak kooperują z Warszawą. Tak jak Marki. Ścieki odprowadzamy do Warszawy, pierwszą strefę biletową już mamy, ze stolicą (i nie tylko) dogadaliśmy się też w sprawie dróg rowerowych. Wszystko na drodze porozumień – bez ingerencji ustawodawcy.

Mnóstwo złych emocji będzie się wiązało de facto z czymś, co określę mianem przeniesienia praw miejskich. Marki, które w tym roku obchodzą 50-lecie nadania takich praw, w nowym układzie utrzymają status gminy, ale nie jako samodzielnego miasta, ale części Warszawy (choć nie dzielnicy). Zamiast sformułowania Gmina Miasto Marki będziemy używać Gmina Marki Miasta Stołecznego Warszawy. Niby drobiazg, ale symboliczne podkreśla podległość wobec nowego superpowiatu. No i pewnie utratę części kompetencji.

Jeśli ustawa przejdzie (a pewnie przejdzie, bo w tym parlamencie cuda się nie zdarzają), czeka nas wyniszczająca samorządowa kampania wyborcza. Co ciekawe, podziały nie będą tak oczywiste. Część tradycyjnego elektoratu PiS może być skutecznie wyleczona z powtórnego głosowania na partie rządzącą, która chce odebrać część kompetencji lokalnym samorządom i okryć je warszawskim płaszczem. Z kolei cześć tzw. słoików, którzy przenieśli się pod Warszawę i głosują na PO, być może będzie zachwycona pomysłem rozszerzenia stolicy, powrotu do macierzy i wzrostu wartości ich nieruchomości.

W idealnym świecie doszłoby do referendów lokalnych, które pokazałyby, czego chcą ludzie (i wcale frekwencja nie byłaby niska). Ale tak by było w idealnym świecie, a nie naszej chropowatej rzeczywistości.

 

Advertisements