Trochę nerwów było. Czy to, co zrobiliśmy, przyniesie efekt? Przygotowania do #DniMarek trwały od dobrych kilkunastu miesięcy. Na wątłą klatę postanowiłem przyjąć zadanie jak najszerszego wykorzystanie tych kanałów informacyjnych, którymi dysponuje miasto. Bo z taką imprezą (50-tka na karku) jest jak z produktem. Możesz stworzyć najlepsze dzieło, ale jeśli się o nim świat nie dowie, nie uzyskasz efektu. W tym wypadku efektem miały być frekwencja i zadowolenie osób, które w weekend zostały w Markach. Stres podnosiły informacje znajomych, że ludzie jeszcze nie wiedzą o uroczystościach. A przecież niemal połowa biuletynu Marki.pl była poświęcona świętowaniu, a przecież przed szkołami pojawiły się bannery reklamowe, a przecież w newralgicznych punktach usługowych wisiały plakaty, a przecież od kilku tygodni w marecki internet i media społecznościowe zasypywaliśmy informacjami o atrakcjach. Jakby tego mało, przez trzy dni wysyłaliśmy sms, a temat podchwyciły niektóre media lokalne. Frekwencyjny stres pozostał nawet do soboty. Gdy zobaczyłem tłumy na Marcovii, odetchnąłem z ulgą. A w niedzielę to, co się działo w Parku Briggsów, przeszło najśmielsze oczekiwania. Zabawa przy Poparzonych Kawą Trzy była niesamowita. Nie nam wystawiać sobie ocenę, ale osobom, z którymi miałem zaszczyt kooperować, serdecznie dziękuję. Warto być trybikiem w takiej maszynie.

Reklamy