Zostałem ortodoksem. Przynajmniej jeśli chodzi o segregację śmieci. Do tej pory trzymaliśmy się klasycznego układu: plastik do plastiku, szkło do szkła, papier do papieru, zmieszane – do zwykłego kosza. Zielone odpady najczęściej wystawialiśmy latem. Wiadomo – zawsze coś się z ogrodu zbierze. Pod koniec ubiegłego roku zaczęliśmy ostrzej podchodzić do kwestii bioodpadów. Przestały lądować w koszu, zaczęły trafiać do brązowego worka. Skórki od owoców, liście po rzodkiewce, skorupki po jajkach, fusy – przestały być odpadem zmieszanym. Na początku był problem, gdzie je w domu odkładać. Ale i na to znalazł się sposób. W ramach akcji „Daj drugie życie przedmiotowi” zagospodarowaliśmy pudełko po kapsułkach do prania. Jest zamykane, dość pojemne (wystarcza na jeden dzień zbierania), łatwe do przepłukania.

Efekty tego ortodoksyjnego podejścia były zaskakujące. Zwykle wystawialiśmy dwa pojemniki ze śmieciami zmieszanymi. Po wprowadzeniu surowej segregacji bioodpadów – już tylko jeden. Oczywiście następnego dnia wystawiamy też brązowy worek z zielonymi odpadami. Tyle, że można mieć nadzieję, że nie trafi na wysypisko, a wykonawca usługi właściwie go zagospodaruje.

I jeszcze jeden wątek. Zdaję obie sprawę, że mega ortodoksyjne segregowanie odpadów nie jest łatwe. Przekonałem się o tym, sprawdzając swoją wiedzę w warszawskim serwisie „segreguj na 5”. Jest tu wygodna wyszukiwarka, która kategoryzuje odpady i pokazuje, gdzie je wyrzucać. Jest też możliwość zrobienia sobie testu. Wydawało mi się, że stosunkowo dużo wiem o odpadach. Ale uzyskanie 100-procentowej skuteczności zajęło mi kilkanaście prób. Spróbujcie – to dobra zabawa i wygodne narzędzie. Takie dwa w jednym…