Gdy czytasz media społecznościowe, coraz częściej spotykasz się z twierdzeniem, że kończy się rynek pracownika. Dla niezorientowanych – to sytuacja, kiedy na rynku pracy warunki dyktuje zatrudniany. Przyszedł COVID-19 i sytuacja zaczęła się zmieniać. Zamiast myśleć o podwyżce pracownik zaczyna martwić się o to, czy nadal będzie mieć robotę. Ale nie tylko to zmienił koronawirus.

Kończy się także (chyba) rynek wykonawcy. Widzieliśmy go  jeszcze nie tak dawno w naszym mieście. Do przetargów stawała jedna – dwie firmy, które w ofercie wpisywały kwoty nie mieszczące się w kosztorysie miasta. Samorząd musiał podejmować decyzję – czy rezygnować z inwestycji, czy też dokładać do budżetu zamówienia. Dziś mam wrażenie, że na jakiś czas pożegnamy się z taką sytuacją…

W środę i czwartek nasze miasto otwierało oferty w dwóch, małych przetargach infrastrukturalnych. W pierwszym postępowaniu wpłynęły trzy oferty, a najtańsza była na poziomie 50 proc. kosztorysu. W drugim – siedem ofert. Ale tu było jeszcze ciekawiej. Najtańsza oferta jest na poziomie 37 proc. kosztorysu. I nie jest to wyjątkowa propozycja w tym przetargu. Kolejne firmy są niewiele droższe…

Taka sytuacja oczywiście jest na rękę zamawiającemu. Większa konkurencja wygłodzonych firm to szansa na tańszą ofertę. Problemem dla wszystkich samorządów jest jednak ich własna sytuacja finansowa, czyli przede wszystkim spadające udziały w podatkach pobieranych przez państwo. Tak więc dla wszystkich zdrowsza byłaby względna równowaga rynkowa, a nie silna przewaga jednej strony.