Tagi

,

Puszcza Słupecka to dla mnie i moich bliskich takie miejsce, do którego uciekamy, gdy szukamy spokoju. Z każdym dniem robi się coraz piękniejsza. Po wiosennych szarościach do głosu dochodzi zieleń. Jeszcze kilka tygodni temu cieszyliśmy się z każdego nowego pączka, dziś rzucały się w oczy zawilce i przylaszczki, które milionami przebijają się przez dywan jesiennych liści.

W tej dzisiejszej wyprawie przeszkadzała mi jedna rzecz. Stali bywalcy wiedzą, że przed wejściem do lasu (od strony ulicy Spacerowej) stoi opuszczony szlaban. Tak, żeby co najwyżej wjechały tu rowery. Tymczasem kilkaset metrów po wejściu, za naszymi plecami usłyszeliśmy warkot silników. Jakież było moje zdziwienie, gdy za naszymi plecami pojawiły się w puszczańskim terenie cztery quady (ostatni miał zasłoniętą tablicę rejestracyjną). Minęły nas, zmuszając w tym pięknym miejscu do wdychania smrodu ich spalin. I tak na kilkanaście minut (bo tyle jeszcze czasu było słychać wycie silników) zostaliśmy przywróceni do rzeczywistości, od której uciekaliśmy w niedzielę.

Nie, napiszę tu, gdzie byli leśnicy czy jakiekolwiek służby. To by było postawienie sprawy na głowie. To raczej pytanie do kierowców quadów – czy nawet w puszczy, rezerwacie przyrody, trzeba trenować?