Śmieciowe dwa w jednym

Zostałem ortodoksem. Przynajmniej jeśli chodzi o segregację śmieci. Do tej pory trzymaliśmy się klasycznego układu: plastik do plastiku, szkło do szkła, papier do papieru, zmieszane – do zwykłego kosza. Zielone odpady najczęściej wystawialiśmy latem. Wiadomo – zawsze coś się z ogrodu zbierze. Pod koniec ubiegłego roku zaczęliśmy ostrzej podchodzić do kwestii bioodpadów. Przestały lądować w koszu, zaczęły trafiać do brązowego worka. Skórki od owoców, liście po rzodkiewce, skorupki po jajkach, fusy – przestały być odpadem zmieszanym. Na początku był problem, gdzie je w domu odkładać. Ale i na to znalazł się sposób. W ramach akcji „Daj drugie życie przedmiotowi” zagospodarowaliśmy pudełko po kapsułkach do prania. Jest zamykane, dość pojemne (wystarcza na jeden dzień zbierania), łatwe do przepłukania.

Efekty tego ortodoksyjnego podejścia były zaskakujące. Zwykle wystawialiśmy dwa pojemniki ze śmieciami zmieszanymi. Po wprowadzeniu surowej segregacji bioodpadów – już tylko jeden. Oczywiście następnego dnia wystawiamy też brązowy worek z zielonymi odpadami. Tyle, że można mieć nadzieję, że nie trafi na wysypisko, a wykonawca usługi właściwie go zagospodaruje.

I jeszcze jeden wątek. Zdaję obie sprawę, że mega ortodoksyjne segregowanie odpadów nie jest łatwe. Przekonałem się o tym, sprawdzając swoją wiedzę w warszawskim serwisie „segreguj na 5”. Jest tu wygodna wyszukiwarka, która kategoryzuje odpady i pokazuje, gdzie je wyrzucać. Jest też możliwość zrobienia sobie testu. Wydawało mi się, że stosunkowo dużo wiem o odpadach. Ale uzyskanie 100-procentowej skuteczności zajęło mi kilkanaście prób. Spróbujcie – to dobra zabawa i wygodne narzędzie. Takie dwa w jednym…

Jeśli my zapomnimy, te kamienie wołać będą

Dziś otworzyliśmy Skwer Pamięci Narodowej.Jego centralnym punktem pozostaje Pomnik Dziesięciu Powieszonych. Przejmujące słowa o tej zbrodni powiedział Antoni Widomski, lokalny historyk i honorowy prezes OSP. Pozwólcie, że podzielę się nimi z Wami, choć suchy zapis nie odda emocji towarzyszących temu wystąpieniu…

Ustawiono dwie szubienice. Na każdej z nich pięciu więźniów Pawiaka. Wyobraźmy sobie poniedziałkowy poranek. Rano ludzie jadą kolejką, a wiatr kołyszą ciała straconych. Przy szubienicach Niemcy powiesili ogłoszenie. „W nocy z 5 z 6 października dokonano zbrodniczego czynu i wysadzono w powietrze tory kolejowe. Za ten czyn zostało powieszonych 50 więźniów”. Ogłoszenie podpisał Ludwig Hahn, szef policji na dystrykt warszawski z SS. To ważne. Po raz pierwszy Niemcy publicznie przyznali się do zbrodni. Dotychczas rozstrzeliwano po kryjomu. Chodziło o wprowadzenie psychologicznego terroru. Nie przyniósł on skutków. W odwecie przeprowadzono kolejne akcje zbrojne. Ducha walki nie złamano. Trzeba jednak pamiętać, że Ludwig Hahn wysłał także około 200-250 rodzin z Marek, czyli około 800 osób, do Treblinki. Wszyscy tam zginęli.

Tak wyglądały zbrodnie niemieckie na naszym terenie. Jesteśmy w miejscu, w którym każdy element o nich przypomina. Spójrzmy na metalowy krzyż. Już po roku od zbrodni Armia Krajowa postawiła drewniany. Niemcy go oczywiście usunęli. Kolejny krzyż był już z metalu. Stał tak do 2014 r. Naturalnie niszczał, więc grupa mieszkańców Marek postanowiła go odtworzyć.

Jest takie powiedzenie: jeśli my zapomnimy, te kamienie wołać będą. Spójrzmy na cokół krzyża. To kamienie polne. One będą nam przypominać. Kolejny element to tablica „Miejsce uświęcone krwią Polaków”. Umieszczano ją tam, gdzie ginęli Polacy.

To są świadectwa. Tę pamięć będziemy przekazywać z pokolenia na pokolenie. Jest to troska mieszkańców Marek – ta pamięć musi w nas trwać. Po to, abyśmy nikomu nie pozwoli ginąć i mordować na naszej ziemi. O tym pamiętajmy, oddając cześć i hołd niewinnie powieszonym.

Pełna relacja z uroczystości TUTAJ

Najbliższa okazja już w niedzielę

Część poniedziałku poświęciłem na przygotowanie się do (nie)zwykłej wycieczki. Po sąsiedzku, do ratusza, mieli wpaść uczniowie klasy maturalnej z liceum działającego w szacownych murach Pałacu Briggsów. Po krótkim wprowadzeniu (obiecałem – zero nudy) wybraliśmy się m.in. z wizytą do biura Jacka Orycha. I tu poczułem się jak kilka lat temu – w zawodzie dziennikarza, choć tym razem byłem w innej roli. Spotkanie przypominało trochę konferencję prasową – taką prawdziwą, podczas której można zadawać najtrudniejsze pytania, a nie tylko słuchać tego, co chce przekazać jej organizator. Ze strony młodzieży padły różne pytania: o termin otwarcia części sportowej i kulturalnej Mareckiego Centrum Edukacyjno-Rekreacyjnego, o ceny na nowym basenie, o możliwość utworzenia rynku, o sprawę powietrza, o ogromną liczbę inwestycji mieszkaniowych, o tematy poruszane podczas dyżurów dla mieszkańców i oczywiście ewentualną przeprowadzkę liceum do budynku po „Czwórce”. To, co warto podkreślić i docenić, to ciekawość młodych ludzi. Może na początku byli nieco skrępowani, ale później trema minęła. I dobrze. Burmistrz zachęcał ich do aktywniejszego udziału w życiu miasta – zarówno w wymiarze kulturalnym jak i obywatelskim. Najbliższa okazja już w niedzielę.

Bębnić każdy może

Tytuł jest mylący. Takie jednak miałem pierwsze skojarzenia po dzisiejszym koncercie na Spartakiadzie Rodzinnej. Wiele lat temu Jerzy Stuhr wykonał piosenkę, która weszła do kanonu polskiej satyry, a jej tytuł stał się kultowym powiedzeniem. Dzisiaj na scenie na Marcovii zagrał zespół „Walimy w kocioł”. Z swadą, ale jak najbardziej na serio, udowadniając przy tym, że… no właśnie… bębnić każdy może. Bo jak się okazuje, można mieć 50 dych na karku, walić w kotły od trzech lat i występować na scenie w całkiem profesjonalnym teamie. Taka jest historia niektórych muzyków zespołu, zaprezentowana przez ich lidera. To było jak najbardziej pozytywne przesłanie. Wystarczy chcieć, nie liczy się metryka  – taki był sens słów, które usłyszeli żywiołowo reagujący widzowie. Ale na słowach się nie skończyło. Na scenę została zaproszona uczestniczka wcześniejszych warsztatów bębniarskich, która dostała do ręki instrument i zaczęła grać z kapelą. Czyli jednak bębnić każdy może… Panie, Panowie, do dzieła… I dobrze wiecie, że nie tylko o bębnienie w tej opowiastce chodzi.

Krytyka krótkowzroczności

W ostatnim wydaniu miejskiego biuletynu Jacek Orych przypomniał 10. rocznicę akcji „Tak dla obwodnicy Marek”. Spojrzał na nią z ciekawej perspektywy – aktywności mieszkańców ponad podziałami  w pozytywnym celu, w tym wypadku odblokowaniu miasta i uwolnienia go od tirów. I to naprawdę była fantastyczna sprawa – w jednym szeregu stali ludzie z PIS-u i PO, wierzący i niewierzący, młodzi i starsi, piesi i kierowcy. Do końca życia będę pamiętał, że miałem zaszczyt uczestniczyć w tym wydarzeniu, które było jak kula śniegu uruchamiającą lawinę pozytywnych wydarzeń.

Nie mogę się jednak oprzeć niestety pesymistycznej refleksji.

Czytaj dalej

GDDKiA, dlaczego nas nie słuchałaś…

Pod takim tytułem ukazał się mój tekst w „Ekspresie Mareckim”. Tradycyjnie poświęciłem go kwestii ekranów. O tym, że będzie za głośno, mówiliśmy dokładnie 6 lat temu. Wyjdzie na to, że jestem przemądrzały. Choć chciałbym się mylić. Całość tekstu poniżej. Za kilka dni – tym razem już tylko na blogu – dodatkowy komentarz.

Drogowa alternatywa

Wieść gminna niosła, że coś się dzieje tuż przy granicy z Warszawą, przy ul. Berensona. W wolnej chwili podjechałem rowerem, by sprawdzić, o co chodzi. Wygląda na to, że będziemy mieć kolejne utwardzone połączenie drogowe ze Białołęką. Wzdłuż Berensona pojawiły się już betonowe obrzeża i studzienki kanalizacyjne. Zapytałem wujka Google, czy coś wie na ten temat. Otóż wie i to całkiem sporo. W maju stołeczna Białołęka ogłosiła przetarg na rozbudowę Berensona na odcinku od Oknickiej (boczna od ul. Lewandów) do granicy z Markami (wyznaczonej przez ulicę Urbanistów). Wygrała go firma Fal-Bruk, która zbuduje odwodnienie, asfaltową jezdnię i chodnik. W dokumentacji przetargowej wpisano kwiecień 2020 r. jako termin zakończenia robót. Rzecz oczywista, że nie będzie to mocno uczęszczany szlak komunikacyjny między naszym miastem a Warszawą. Ale zawsze warto mieć w głowie alternatywę…

Żyjemy w roku obietnic…

…Wszyscy politycy z niemal każdej rozdają złote góry, nie licząc się z budżetowymi realiami. To nic, że schodzimy już ze szczytu koniunktury i gospodarka nie będzie pędzić jak dotychczas. Po nas choćby potop, byle tylko utrzymać się u władzy/odsunąć przeciwnika od władzy. W zasadzie w każdym mieście powinien wisieć billboard z kultowym cytatem Margaret Thatcher: „Nie ma czegoś takiego jak publiczne pieniądze. Jeśli rząd mówi, że komuś coś da, to znaczy, że zabierze tobie, bo rząd nie ma żadnych własnych pieniędzy”. Ale lubimy żyć w ułudzie, że to nie nam zabierze, tylko złodziejom i bogatym. O naiwni…

Piszę o tym specjalnie w kontekście mareckim. Środowa Rada Miasta podjęła decyzję, która nie wpisuje się w trend obiecywania wszystkiego (prawie) wszystkim. Jest niepopularna, bo podnosi bardzo niskie do tej pory opłaty za śmieci do wysokich. Ale miasto niespecjalnie ma inne wyjście. Z wyroku ustawodawcy jest tylko inkasentem. Tyle musi zebrać od mieszkańców, żeby pokryć koszty zagospodarowania śmieci. Wbrew potocznym opiniom, na tej operacji nie zarabia na tym ani grosza. Ba, już dokłada do tego interesu. Tak naprawdę dokłada z naszej wspólnej kieszeni, ale ponieważ tego nie odczuwamy bezpośrednio, nikomu to nie przeszkadza. Prawie nikomu.

Samorządowcy czasem muszą iść pod prąd, nawet jeśli kiedyś być może zapłacą za to wysoką cenę (polityczną). Bo jaka jest inna alternatywa? Ano taka, że albo zmieniasz miasto: budujesz drogi, szkoły, place zabaw, albo jesteś tylko administratorem (czyli dokładasz do śmieci, psujesz wyniki budżetu, wycinasz inwestycje) i nic nie robisz. Po jakimś czasie pojawią się pytania: ale dlaczego w mieście nic się nie dzieje? Ano m.in. dlatego…

Sytuacja wszystkich samorządowców robi się coraz mniej ciekawa. To, co wielu z Was ucieszy, czyli zbliżające się zmiany podatkowe w PIT, uderzy w budżety gmin, powiatów i województw. Pamiętajmy – to do samorządów trafia połowa dochodów z PIT. Jeśli minister finansów mówi, że skutki budżetowe obniżki PIT i zwiększenia kwoty wolnej wynoszą 10 mld zł rocznie, to znaczy, że do samorządów nie trafi 5 mld zł.

Poniższy post jest wyłącznie wyrazem osobistych opinii jego autora.