logo3Pod koniec czasów licealnych i na początku studiów byłem fanem „The Doors”. Młodzi to pewnie nie pamiętają, ale były takie urządzenia jak walkmany. Wsadzało się do środka taśmę (tego też w erze mp4 nie pamiętają), wciskało guzik play (nie było wyświetlaczy) i z głośnikami na uszach odpływało w krainę Morrisona, Manzarka, Kriegera i Densmore’a. Kochałem „Light my fire”, ale uwielbiałem „Riders on the storm”. Warstwa muzyczna tegoż drugiego utworu była doskonałą ilustracją piątkowego wieczoru w Markach. Testowaliśmy trasę Nocnego Marka – biegu, który odbędzie się 27 czerwca w naszym zacnym mieście. Gdy wyruszaliśmy spod bramy stadionu Marcovii, powietrze było już gęste, ale odgłosy burzy dalekie. Początek trasy i pierwsze kilometry były dość trudne. Parno, a z przodu parła elita „Mareckich Biegaczy”, która jednak z wyrozumiałością podeszła do zasiedziałego przy biurku redaktora po czterdziestce. Gdy dobiegaliśmy do Parki Briggsów, pioruny zaczęły coraz częściej pojawiać się na niebie. Przy fabryce lunął deszcz, niebo zrobiło się czarne, a wtedy w duszy zagrało „Riders on the storm”. To była połowa trasy. Cóż, jeźdźcy burzy bez problemu, choć przemoczeni na wskroś, pokonali dystans 10 km, ba, nawet moja skromna osoba sobie z nim poradziła. Wszystkim serdecznie dziękuję za udział. Bieg miał też wymiar praktyczny. Jako pomocnik organizatora skrzętnie notowałem w głowie miejsca, które powinniśmy jeszcze rozświetlić. Mam nadzieję, że do tego nie będą nam potrzebne za dwa tygodnie pioruny. Riders on the storm…

Reklamy